niedziela, 30 września 2007

Shared facilities - keuken (kuchnia)

Oto nasza kuchnia wraz z częścią jadalno-imprezową. Na zdjęciach wygląga (literowka bo pisala to Justyna-ja jestem nieomylny:P a swoja fajny czasownik-wygląga) na czystszą niż jest w rzeczywistości...




Moje ulubione urządzenie - suszarka do ubrań:). Wychodzą cieplutkie i milusie:).
Tadzia ulubiony plakat:

Update:
Ja, nizej podpisany chcialem kategorycznie zaprzeczyc jakobym byl na powyzszym zdjeciu. Za dowod niech swiadczy chociazby fakt ze mam pieprzyk na lewym uchu, a powyzszy osobnik nawet lewego ucha nie ma! Powiazanie mej osoby z powyzszym plakatem to kalumnie (w sumie to nie wiem co to znaczy ale jakis polityk uzyl wiec musi byc glupie) i jesli autorka tego posta nie sprostuje jego zawartosci, bede zmuszony skierowac sprawe na droge sadowa.
Z powazaniem,
Tadeusz

OBIECANE JUŻ DAWNO NASZE POKOJE

Justynki pokój:


Tadzia pokój:



sobota, 29 września 2007

Polak w szkocką kratę

Po naszym laboratorium czasami się kręci i coś pożycza taki chłopak z sąsiedniego zakładu. Zawsze bardzo dobrze i charakterystycznie ubrany. Po angielsku mówi ze znakomitym brytyjskim akcentem. Pewnego dnia przyszedł ubrany w kilt (dla niewtajemniczonych - kilt to słynna szkocka spódnica dla panów). W tym momencie przez głowę przalatywały mi tylko dwie rzeczy: czy naprawdę nie ma majtek pod kiltem i czy przyjechał na rowerze... Nie wiem nawet, czy nie mówiłam o tym Tadziowi na głos - można się łatwo przyzwyczaić, że nikt cię nie rozumie, gdy mówisz w swoim języku...Po dwóch dniach od ubrania narodowego szkockiego stroju, spotkałam go z samego rana, czekającego na kolegów z zakładu na rozpoczęcie porannej kawy. "Are You from Poland?" - zapytał. A gdy odpowiedziałam "yes": "Jesteś z Polski?". Byłam tak zdezorientowana, że Szkot mówi do mnie po polsku, że ciągle odpowiadałam po angielsku i zwróciłam uwagę, że jego polski jest znakomity, bez cienia obcego akcentu. Wtedy odpowiedział: "Kamil jestem. Moja matka jest Polką, a ojciec Szkotem". Okazało się, że urodził się i większość życia spędził w Polsce, a nawet studiował we Wrocławiu, na biotechnologii, ale tylko przez dwa lata. Potem przeniósł się do Holandii, tu zrobił magisterkę, teraz jest w trakcie studiów doktoranckich. Ale cały czas ma świeże wiadomości dotyczące naszego wydziału - wie np. że Otlewski jest dziekanem. Naprawdę mam nadzieję, że nie wymieniliśmy między sobą jakiś uwag na jego temat, gdy myśleliśmy, że nas nie rozumie...

sobota, 22 września 2007

JA TEŻ GOTOWAŁAM!!!

Żeby nie było - autorem zupy i nadzienia do nalesników byłam ja - Justyna. I jakimś dziwnym trafem nalesniki zaczęły się smażyć jak należy, gdy ja zmienilam patelnię na lepszą!

Element kulinarny (do rodzicow)

Pytacie czym sie zywimy. Oto dziesiejszy obiad:)


1) Zupa pieczarkowa


2) Nalesniki z (powiedzmy) serem


Za "ser" robil serek wiejski (bo jest on najblizszy naszemu twarozkowi) zmieszany z deserem pokroju rozwodnionego budyniu o smaku marcepanu:)

Bon appetit!!

WYSZLY!!!!!!!








WYSZLY!!


WYSZLY MI NALESNIKI!!:)




Zeby nie bylo:
Tadzio
:P

Nieporozumienia slowne czesc 2 czyli zart nie do konca kulturalny:)

Zaczac pragne od pytania: z czym Wam sie kojarzy slowo "PINDA"??

Mnie od razu stanela przed oczami delikatnie mowiac nieuprzajma, raczej mloda, pani np z urzedu, sklepu lub czepialska sasiadka. "No pinda jedna!" - nierzadko pada z ust rozjuszonego przez takowa pania. Z ciekawosci stwierdzilem ze zajrze do Slownika Jezyka Polskiego (internet to cudowny wynalazek) i tamtejsze definicje okazaly sie ze sie tak wyraze mocne:

pinda
1. wulg. «pogardliwie o kobiecie, dziewczynie, zwłaszcza źle się prowadzącej»
2. wulg. «zewnętrzny narząd płciowy kobiety»


Tak, ciekawe ze czasem jakies slowo jest w uzyciu a jego prawdziwe znaczenie nie jest do konca znane:P

Pewnie sie zastanawiacie po kiego grzyba o tym pisze? Co mnie natchnelo na miodkowanie? Juz odpowiadam:

ZNALEZLISMY HOLENDERSKA PINDE!!







Jesli ktos sie zastanawia co jest w sloiczku, spiesze z wyjasnieniem ze to maslo orzechowe:) A dokladniej ser orzechowy (bo kaas to ser po niderlandzku).

Jednym slowem Polacy gdzies w przeszlosci nie darzyli orzeszkow ziemnych sympatia:P



A propos slowa kaas-ostatnio Marcus, sasiad z akademika, opowiadal o scenie z "Borata" w ktorej stoi on w supermarkecie przed stoiskiem z serami i pyta, pokazujac na pierwszy z serow:

-What's this?
-Cheese- odpowiada sprzedawca.
-And this?- nieustaje zaciekawiony Kazach, pokazujac na kolejny ser.
-Cheese- odpowiada uprzejmy sprzedawca.
-And this?- nie odpuszcza Borat- przesuwajac sie wzdluz stoiska.
-Cheese.
-And this?
-Cheese.
Napis: Po 30 minutach.
-And this?
-Cheese!!


Nie wiem, mnie to smieszylo:P



Ostatnio poszukiwalismy usilnie sera w supermarketach. Ale nie jakiegos zoltego. Nie plesniowego, nie fety i nie mozarelli. Naszego kochanego serka bialego. Twarozka. Twarozunia rzec by z tesknoty mozna. Niestety bariera jezykowa bywa czasem nie do przeskoczenia w sklepie, wiec postanowilismy zrobic wywiad jak sie jaki ser nazywa, zeby moc go namierzyc pozniej na polce.



Oto moj wywiad z Lysanne, Holenderka z naszego akademika:

-Jak jest po niderlandzku ser?
-Kaas.
-Ale taki bialy.
-Kaas.
-A plesniowy?
-Kaas.
-No dobra a jak jest ser zolty?
-Kaas!!

Poczulem sie jak Borat.



P. S. Mam swoj ulubiony sklep w Groningen:



W sumie to nawet nie wiem co tam sprzedaja, ale jesli ktos pamieta slynna taryfe w reklamach Simplusa, to z tego co kojarze duza wiekszosc panow w niej rozmilowanych rowniez nie kojarzyla co jest wlasciwie w ten sposob promowane:P

Teskniliscie?:P

Troszke mnie nie bylo na blogu.. Po czesci z zapracowania i zmeczenia, po czesci z braku weny. Ale za to zdecydowalem sie dziabnac co nieco przez weekend takze mam nadzieje ze nikt sie gniewac nie bedzie;)
Tadzio

Justyna choruje, słucha radia ram i tęskni za Wrocławiem...

Wczoraj wieczorem w naszym akademiku odbywała się impreza pod tytułem "Meet Your neighbours", na którą czekałam od tygodnia. I niestety przez rowerowanie w deszczu rozchorowałam się i nie moglam na nią iść. Na pocieszenie włączyłam sobie radio ram (www.radioram.pl) i nagle strasznie zatęskniłam za moim miastem. Przypomniałam sobie wszystkie piątkowe wieczory, kiedy szykowałam się na imprezę czy piwo ze znajomymi, wyjście do "Mleczarni", "Bezsenności" czy gdzie indziej i słuchałam własnie radia ram, żałując, że nie mam czasu wysłuchać audycji do końca. Teraz słuchalam jej i żałowałam, że nie ma mnie we Wroclawiu. Zrozumiałam czego brakuje mi w Groningen - poczucia, że to moje miejsce. We Wrocławiu idąc ulicą czułam, że to moje miasto i byłam z niego dumna. Tu idąc ulicą (a raczej jadąc) zastanawiam się, czy widać po mnie, że jestem obcokrajowcem. Ale mam nadzieję, że to tylko chwilowe uczucie. Jeszcze nie poznaliśmy dokładnie Groningen, a o życiu nocnym tego miasteczka 4 razy mniejszego od Wroclawia nie wiemy nic. Co oczywiście zmieni się, gdy tylko wyzdrowieję. Tyle na dziś, wracam do łóżka.

czwartek, 20 września 2007

DRODZY RODZICE (trochę prywaty)!

Jeśli nie dacie znaku życia to ostrzegam, że wrócę do Polski. justyna

TADZIA PODRYWA PANI SEKRETARKA

Pani sekretarka z Haren (Biologishe centrum) była jedną z pierwszych osób, z którą się skontaktowaliśmy w sprawach naukowych. Nazywa się Carla i jest seksowną murzynką, po 30-tce. I bardzo ładnie się ubiera. Kiedy widziałam się z nią po raz pierwszy, byłam z Tadziem. I była bardzo miła. Jak Tadzio się przedstawił, to powiedziała z czarującym uśmiechem: "Tadeusz? zapamiętam". I faktycznie zapamiętała. Po dwóch dniach przyjechałam do niej sama, bo pracuś Tadzio już siedział w labie. I nie była miła. Co prawda byłam wtedy na tyle zielona, żeby przyjechać o 12, a to tutaj jest pora lunchu (lunchu masowego i absolutnego - niemal cała Holandia wtedy staje i wszyscy jedzą kanapki z serem...), a Holendrzy nie lubią jak im się w lunchu przeszkadza, co mogło nie najlepiej wpłynąć na jej humor. W każdym razie, gdy skojarzyła, że jestem koleżanką Tadeusza, uśmiechnęła się i od razu zrobiła się przyjemniejsza. Zostawiłam jej nasz adres, żeby wysłała nasze karty studenckie, gdy będą gotowe. I dziś przyszły. W wielkiej kopercie zaadresowanej na nas dwoje były dwie mniejsze koperty. I na kopercie Tadzia, był post it: "Greetings, Carla". A na mojej nie!!! Chyba powinnam być zazdrosna. A miałam jutro do niej jechać po podpis pod Learning Agreement. Jechać sama, bo ja mam dzien wolny, a Tadzio oczywiście nie. Jestem w kropce. Nie wiem co robić...

środa, 19 września 2007

ZDOMINOWAŁAM BLOGA

Tak wyszło, nie specjalnie, Tadzio jest zbyt zmęczony - jego projekt rwie do przodu, podczas gdy ja z Anne dopiero startujemy i generalnie mam więcej wolnego czasu. Zwłaszcza, że Anne często jest zagubiony lub zdezorientowany, więc coś nie wychodzi i trzeba powtarzać. To jest typowe dla Holendrów, których tu spotykam. Są zdezorientowani. Np. Folkert, który miał się nami zaopiekować po przyjeździe, wyjść na dworzec i pomóc dotrzeć do domu lub pokazać miasto. I nic mu nie wyszło - do akademika dotarlismy sami, miasto poznajemy sami lub z pomocą wskazówek ludzi z laboratorium. A on o sobie mówi "I'm sorry, I'm a confused guy"... Dziś mieliśmy zjeść u niego kolację, ale się nie odzywał, więc napisałam smsa z pytaniem czy to aktualne. Oddzwonił na 15 minut przed planowaną kolacją i ją odwołał, mówiąc, że kiedyś może ja coś ugotuję i on przyjdzie do nas. I to dla niego typowe.

A propos jedzenia - odkryliśmy przypadkowo przepyszny deserek - vla [czyt. fla]. Wyglądał z zewnątrz jak karton jogurtu, od środka okazał się czymś w rodzaju budyniu. Ale jest dużo lepszy od budyniu. Holendrzy zresztą uważają vla za odmianę jogurtu. Jedna Holenderka, znajoma Folkerta, nauczyła mnie też jak Holendrzy radzą sobie z hiperkwaśnym jogurtem i dziurawiącym się podczas smarowania chlebem. Jogurt słodzą, chleb kupują w sobotę na Vismarkt niekrojony i kroją w ogromne pajdy. Ten naród jest nielogiczny.

Co prawda spostrzeżenia sportowe powinny należeć do Tadzia, ale skoro on nie chce, to ja napiszę o 2 sportach narodowych Holendrów.
1. bieg w błocie. Za każdym razem podczas odpływu morze cofa się na tyle, że można przejść, a raczej dotaplać się przez błoto, między wyspami Fryzyjskimi. Sport nie dla mnie i nie polecany osobom poniżej 170cm wzrostu, bo w pewnym momencie nawet najwyżsi muszą płynąć przez błoto. I łatwo stracić buty. Zalecane są trampki, bo są tanie, a i tak trzeba będzie je wyrzucić. Z tym, że tu się nie mówi trampki, tylko: podróby Conversów. Conversy są tu bardzo popularne. Folkert ma w kratkę.

2. wyścig na łyżwach dookoła 11 miast. Zdarza się raz na dekadę, bo z reguły zimy są tu bardzo łagodne, a żeby się odbył Fryzję musi pokryć gruba warstwa lodu. Ale jak już się odbędzie, to gromadzi przed telewizorami cały naród. W tym czasie zakazane jest wylewanie wody pochłodniczej do rzek, bo może to spowodować pęknięcie lodu. Ponadto, o ile dobrze zrozumiałam, naukowcy pracują nad sposobami pogrubienia tego lodu i zwiększenia jego trwałości. Trasa wyścigu to jakieś 200km. Ostatni taki wyścig odbył się 11 lat temu, a Holendrom ciągle oczy świecą na jego wspomnienie. Mają nadzieję na ostrą zimę w tym roku...

Podsumowując: sami o sobie mówią "Wiemy, to szalone, ale jesteśmy Holendrami. Jesteśmy szaleni".
Na koniec dla tych, którzy ciągle narzekają na brak zdjęć - oto krótka prezentacja mojego zardzewiałego roweru. Tu go widać jeszcze ze zflaczałą oponą. Wydaje mi się, że gruby łańcuch pokryty różowym plastikiem, który kupiłam w celach ochrony wehikułu przed kradzieżą, ma większą wartość od samego roweru...Teraz jego wartość pewnie jeszcze spadła, bo wczoraj przeżyłam swoje pierwsze zderzenie z samochodem na rowerze. Tak, tak. Miałam wypadek, ale żyję, nic nie połamałam, rower jeździ, tylko, że skrzypi jeszcze bardziej. A wypadek wziął się z tego, że Holenderscy kierowcy wychodzą z założenia, że rowerzysta zawsze zdąży. I Holenderski rowerzysta pewnie by zdążył...

niedziela, 16 września 2007

SOBOTNI PORANEK W GRONINGEN

VISMARKT (centrum miasta; w soboty, wtorki i piątki odbywa się tu targ, ale całkiem ładny i czysty):









Rower - wersja rodzinna (dwoje dzieci z przodu). Po powrocie do domu Tadzio zastanawiał się jakim cudem tym razem udało mu się zrobić czemuś takiemu zdjęcie. Odpowiedź na zdjęciu - tym razem pani prowadziła rower, więc nie zdążyła uciec.




Martini Tower - ukochana wieża mieszkańców Groningen. Są z niej bardzo dumni i nie można na jej temat powiedzieć złego słowa (np. że coś w Holandii jest wyższe), bo są gotowi się obrazić. Jest krzywa, ale powoli wraca do pionu - pod Groningen są złoża gazu (Holendrzy twierdzą, że firma, która go wydobywa, ma potencjał rosyjskiego Gazpromu) i stopniowe wydobycie powoduje wyprostowywanie wieży.






5-cio osobowa demonstracja:





Groningen pełne jest nowoczesnej architektury i sztuki. Mają muzeum, które przypomina kolorowy statek i pomarańczowy budynek, w którym nie ma ani jednego kąta prostego. O tym budynku kiedy indziej, a dziś jeden z ładniejszych pomników. Według mnie to Walkiria.















sobota, 15 września 2007

NIE POSPRZĄTALIŚMY

Wczoraj zdarzyła się w Holandii rzecz bardzo nietypowa - przez cały dzień nie spadł ani 1 mm deszczu, nieba nie pokrywało 5 warstw chmur i było po prostu słonecznie i ładnie. Dlatego postanowiliśmy przełożyć sprzątanie na jutro i wyjść na spacer. Pojechaliśmy rowerkami (rano naprawiono moje tylne koło!) nad pobliskie jeziorko. Z tego powodu nie będzie dziś zdjęć pokojów. Za to będą zdjęcia jeziorka i kilka zdjęć z Groningen, zrobionych rano, gdy czekaliśmy aż pan mi zmieni koło. Oto jeziorko. Nie pamiętam nazwy:P.

You don't eat meat? And you're Polish?! What's wrong with you?


Tak. Dokładnie to usłyszałam wczoraj od Hindusa z naszego laboratorium, oczywiśćie wegetarianina. Wychodzi na to, że prawdziwy Polak to mięsożerny Polak, jak jesteś bezmięsny to znaczy, że masz defekt...
Ale po kolei. Do całej rozmowy doszło wczoraj podczas dorocznego sympozjum Groningen Biomolecular Sciences and Biotechnology Institute (w skrócie GBB). Nasi supervisorzy zadecydowali, że nas na to zarejestrują ze względu na to, że jesteśmy studentami, a tam będzie darmowy lunch. I podczas lunchu wyszło, że nie mogę zjeść tradycyjnej holenderskiej potrawy - nadziewanych mięsem krokiecików. W ogóle z darmowego lunchu wyszłam głodna, bo dla Holendrów lunch to raczej przekąska, jakieś kanapki, sałatki, głowne danie dnia spożywają wieczorem, koło 18. Mięsożercy mieli na tym darmowym lunchu przynajmniej wspomniane krokiety i lasagne, dla wegetarian przewidziano tylko lekką zupkę, którą Tadzio nazwał zupą z resztek warzyw startych na wiór.
Co do samego sympozjum - wszystko było w języku angielskim, co pokazuje liczbę obcokrajowców pracujących w GBB. Tylko w naszym laboratorium jest 3 Hindusów, 1 Szwed, 1 pani z Ugandy, 1 pani z jeszcze innego kraju, lada chwila przyjedzie Polak na studia doktoranckie. Tu nawet zeszyty laboratoryjne wszyscy prowadzą w języku angielskim. Sympozjum składało się z wykładu gościa - profesora z Wielkiej Brytanii, 9 prezentacji doktorantów z GBB (w tym mojego supervisora i Tadzia supervisora) oraz dwóch sesji plakatowych. Na koniec przyznano nagrody za najlepsze wykłady i plakaty - mój supervisor, Anne miał drugie miejsce:). Co prawda ja musiałam wysłuchać 3 razy jego prezentacji zanim ją zrozumiałam (robiłam za widownię podczas prób), ale widać inni ją docenili:P.

Generalnie sympozjum było dziwne. Odbywało się w trzy gwiazdkowym hotelu i wszyscy nam mówili jaki pyszny będzie lunch i że po wszystkim będą drinki. No ale obsługi było bardzo mało i nie nadążała na przykład z donoszeniem jedzenia do bufetów - widać Holendrzy jedzą za szybko. Wszędzie się robiły kolejki. Co do drinków to najwięcej było soku pomarańczowego i białego wina, którego z nie wiem jakiej przyczyny nikt nie chciał ruszyć. Wino czerwone rozeszło się w oka mgnieniu (na konferencji było jakies 100 0sób, a tego wina bylo może 15 kieliszków?), no i nie wiem gdzie Tadzia supervisor znalazł piwo. Może był tylko jeden kufelek (piszę kufelek, bo piwo jest tu tylko w objętości 0,33). A propos piwa - na holenderskiej imprezie z dnia poprzedniego dowiedzieliśmy się, że tutaj Heinekena sprzedaje się w brązowych buteleczkach! A dziś je nawet znaleźlismy w sklepie. Ale może o tej imprezie już Tadzio napisze... Załączam zdjęcie mojej pamiątki z sympozjum - zwinęłam taką serwetkę pod filiżankę z godłem Groningen.

czwartek, 13 września 2007

International Student House





Dziś postanowiłam zamieścić kilka zdjęć naszego domu studenckiego:). Oto i on od frontu, na naszym piętrze, no i najważniejsza część każdego domu w Holandii - stojak na rowery, który nie zmieścił się na jednym ujęciu, więc trzeba było zrobić trzy. Zdjęć pokojów nie zamieszczam celowo - są bardzo zabałaganione, a my bardzo leniwi...

środa, 12 września 2007

A TERAZ JUSTYNA

Chciałam tylko zauważyć, że te prognozy procentowej zawartości deszczu w ciągu dnia nie zawsze się sprawdzają. Np. dziś miało być 20% deszczu. A padało jakieś 5 minut. Akurat wtedy gdy w moim typowo holendersko skrzypiącym rowerze tylne koło ostatecznie odmówiło współpracy i musiałam wracać na piechotę:(. W sumie może to lepiej, bo nie mam błotników, to się przynajmniej nie ochlapałam...
A teraz kilka spostrzeżeń na temat jedzenia:
1. tu nie ma sera białego. jest tylko serek wiejski, tylko jednej firmy - danone. jak pytałam o coś w tym stylu, to w odpowiedzi słyszałam, że oczywiście, że jest i to dużo rodzajów: camembert, brie, mozarella...
2. za to są ogórki konserwowe pod nazwą augerken. po niderlandzku ogórek to zupełnie inne słowo, dlatego część Holendrów nie kojarzy tego zielonego słodko-kwaśnego ze słoika ze świeżym ogórkiem. W ogóle chyba nie mają umiejętności rozpoznawania warzyw w kiszonkach. Np. Anne, mój lab-opiekun, chwalił mi się dzisiaj, że był w Polsce na wakacjach i jadł takie tradycyjne polskie danie, które może być sałatką lub w zupie. Wychodziło na to, że chodzi mu o kapustę kiszoną. Tylko, że jak powiedziałam, że to warzywo to kapusta po fermentacji to był zdziwiony i chyba mi nie uwierzył...
3. jogurty - zupełnie inne niż u nas. W dużych litrowych kartonach. I takie glutowate, zupełnie inna konsystencja niż w naszych. Naturalny jest strasznie kwaśny (moim zdaniem nie da się tego zjeść samego) - za to dodają do niego świeże owoce, więc już nie muszą kupować droższych jogurtów owocowych.
4. chleb - duże krojone kromki miękkiego chleba, którego nie potrafię nie przedziurawić smarując masłem. Za to cenowo różnica między chlebem razowym a jasnym jest nikła. I w niemal każdym chlebie tutaj są jakieś otręby czy inne zdrowe ziarenka.
5. mleko w kartonikach od 0,25 litra do lunchu do 1,5 litra. Masowo piją to mleko do kanapek o 12.
6. mielona kawa do ekspresu w torebeczkach. Jak to dostałam do rąk po raz pierwszy, to myślałam, że to herbata. Tylko pachniała kawą. Sądziłam, że to po to, że wrzucasz do kubka i masz "zalewajkę" bez fusów, a to się daje do specjalnego ekspresu i podstawia pod niego kubeczek. Wszelkie rodzaje kawy tak sprzedają, espresso, latte, z czekoladą i wiele innych...

A propos kawy - oni mają w zwyczaju nie mycie kubków. Co porządniejsi je przepłukują. Ale np. kubek Sytse, z którym dzielę pokój, wygląda tak jakby go coś porastało...Tak samo dzbanek, z którego proponował mi dziś herbatę. Masakra.

wtorek, 11 września 2007

Z cyklu to rusza Tadeusza part 3: Holenderska pogoda czyli cos bardziej nieprzewidywalnego niz to kto kogo zdradzi w "Modzie na sukces";)

Juz chyba pojawily sie na blogu nasze opinie o pogodzie? Ale jest to temat nie mniej mnie poruszajacy niz rowery. A ze uslyszalem ze z rowerami przesadzam to czas sie dossac do innego tematu:P
Wyobrazcie sobie piekna sloneczna pogode. Ani malego podmuchu wiatru ktory tracalby listki na okolicznych drzewach. Jak wychodzicie ubrani na krotki spacer do centrum? Otoz w swetrze, kurtce i najlepiej z parasolem. Dziwne? Nie. Wystarczy jeden raz dostac po tylku i juz sie nie ma glupich nawykow z Polski. Pogoda tu zmienia sie co kilka minut. Doslownie. Do tego uslyszelismy ze mamy pecha bo trafilismy w bardzo deszczowa pore roku czyli jesien. To stanowisko zostalo jednak podwazone podczas porannej zakladowej kawy, poniewaz jak stwierdzil ktorys z tubylcow w sumie zimy tez sa bardzo deszczowe. Padlo wiec pytanie: A co z wiosna? Tak.. Stanelo na tym ze deszczowo bedzie do konca kwietnia..
Szczerze powiem ze bywa to niewygodne-jedziesz sobie na rowerku na zajecia a tu nagle urwanie chmury. Znienacka przychodzi, znienacka znika. Stad zaczalem sie przygladac jak sobie z tym radza Holendrzy.
  1. Pomysl pierwszy: nie kombinuj tylko sie przywyczaj. Tak juz jest, jak bedziesz mokry nikt cie nie wykpiwa bo to tutaj normalne. Ostatnio profesor w mokrej koszuli przed swoja prelekcja na seminarium zazartowal sobie ze z nerwow sie tak spocil.
  2. Pomysl drugi: jazda z parasolka- niebezpieczne i niewygodne (trudno manewrowac z jedna reka stale zajeta parasolka, ktora do tego znacznie ogranicza widocznosc)
  3. Pomysl trzeci: kupienie spodni przeciwdeszczowych - naklada sie je jak ocieplacze na spodnie normalne, dzialaja jak plaszcz przeciwdeszczowy
  4. Pomysl czwarty: www.weathernews.nl i tam Neerslagradar; Jak sie wam nudzi-zerknijcie. Jak przewidziec pogode w kraju gdzie jej sie przewidziec nie da? Otoz poprzez radar ktory wylapuje nadciagajace chmurki mozesz przewidziec kiedy bedzie padac w twoim miescie i czy to dlugotrwale opady czy przelotny deszczyk. Co do pogody najbardziej podoba mi sie jej tutejsze opisywanie w sposob procentowy np: 25% slonca, 35% deszczu:) I wszystko wiadomo:)

No to jeszcze jedna ciekawostka. W kontekscie holenderskiej oszczednosci zaskoczylo mnie ze mamy suszarke bebnowa do suszenia prania. Przeciez to cholernie zrec prad musi. Jak to mozliwe ze to im nie przeszkadza. Z pomoca przyszla nam Lysanne, holenderka ktora mieszka z nami w akademiku. W odpowiedzi na nasze pytanie podniosla brew w pytajacym gescie po czym zapytala: a jak wy byscie wysuszyli pranie na sznurku majac taka pogode?

A JA TO WIDZĘ INACZEJ

Nie ja zaparkowałam w ścianie bicycle shed, tylko rower się mnie nie słuchał i sam wjechał. A poza tym prawie zgubiłam buty - bo postanowiłam, że skoro Holenderki jeżdzą na obcasach, a nawet w szpilkach, to ja w balerinkach na pewno sobie poradzę. No i prawie je zgubiłam, nikomu nie polecam ich na rower. A poza tym głupi rower zepsuł mi torebkę. Bo w ramach ochrony jej przed niebezpieczeństwem postanowiłam schować ją do plecaka Tadzia. Gdzie porysował ją bardzo zły długopis w bardzo środkowym miejscu. Nie wie ktoś jak to zmyć? Jutro chyba wrócę do autobusu. Zwłaszcza, że dziś rano w labie na zebraniu tylko ja i pani z Ugandy byłyśmy suche - bo jechałyśmy autobusem, reszta jechała rowerem, nawet profesor, więc mieli mokre koszulki, spodnie i skarpetki - ktoś nawet siedzial bez butów. Nie ma to jak stary dobry zatłoczony autobus....

poniedziałek, 10 września 2007

To rusza Tadeusza part 2: Kupilem czarny ciagnik czyli slow kilka o mojej nowej rakiecie (i o rowerowym talencie Justynki)

W sobote, wczesnym rankiem udalem sie na polowanie. Jako ze rowery w sklepie normalnym okazaly sie za drogie Maarten polecil mi udac sie na Targ Rybny (Vismarkt) odpowiednik powiedzmy naszego Placu Solnego, gdzie co wtorki, piatki i soboty istnieje tutejszy jarmark (warzywka, mieso, ryby, kwiaty i rowery:P ). Ciekawe, nie? Tak jako ciekawostke dodam ze z kolei na rynku w te dni sprzedaja ciuchy:P Po moim "cheap bike" pan w czerwonym kombinezonie mechanika czytaj: sprzedawca rowerow zapytal co rozumiem przez pojecie tani, po czym poprowadzil mnie do mojej przyszlej rakietki. Urzekla mnie od razu, jak na tutejsze zwyczaje ekstremalnie zadbana:) Aczkolwiek po krotkiej jezdzie uswiadomilem sobie ze nigdy w zyciu nie jezdzilem na cienkich oponach (jak w kolarzówce), a zapewniam ze to nie to samo co goral, zwlaszcza na tak czesto tutaj sliskiej nawierzchni:P Tak czy inaczej poprosilem o zestaw happy bike: rower + uroczy lancuch co by mi nie zwineli za szybko mojego stalowego rumaka. No dobra kucyka:P Wiem ze i tak nie jestescie ciekawi jak wyglada:P Ale mimo to uracze was olsniewajacym zdjeciem. Wydrukowac i w ramke!!;)





W niedziele poszlismy z Justynka przecwiczyc jej talenty kolarskie (wspominala cos ze kiedys trenowala z Anna Szafraniec czy jakos tak-nie no just joking:D ). Moj rower okazal sie ZDECYDOWANIE za duzy dla niej. I naprawde calkiem niezle wychodzila jej walka z utrzymaniem sie kilkadziesiat centymetrow ponad chodnikiem na rowerze z wysoka rama. Jak juz sie troszke z rowerkiem obyla to nie moglem sie oprzec i strzelilem pare zdjec:)










A dzisiaj Justynka dostala swoj wlasny rower od czlowieka o dziwnym imieniu ktorego nie potrafie wymawiac i (jak dla mnie) mowiacego po angielsku niezrozumiale. O dziwo damka. Bardziej swojska, w sensie holenderska, co nalezy rozumiec ze jest pordzewiala, troche scentrowana, ma jeden polatany blotnik, a drugiego w ogole brak:) Okazalo sie wiec ze Justynka po dziesiejszym labie odbedzie swoj pierwszy kurs przez 3/4 miasta, do naszego akademika. Rzec pragne ze dojechala w jednym kawalku. Choc z drugiej strony z jej szybkoscia ciezko byloby sobie cos zrobic. W trakcie jazdy zaczalem zalowac ze nie wzialem z Polski krzyzowek. Rozwiazywalbym sobie w trakcie dojazdow w takim tempie:P Ale pewnie jak sie poczuje stabilniej to bedzie smigac:) Wiec ja juz nie narzekam i tylko na zakonczenie chcialbym dodac ze juz pod budynkim naszego akademika, kiedy troszke szybciej wjechalem do rowerowych garazow uslyszalem "aaaaa!!!nieeee!! buum!!" Tak to Justynka parkowala w sciane jednego z nich:)