sobota, 29 września 2007

Polak w szkocką kratę

Po naszym laboratorium czasami się kręci i coś pożycza taki chłopak z sąsiedniego zakładu. Zawsze bardzo dobrze i charakterystycznie ubrany. Po angielsku mówi ze znakomitym brytyjskim akcentem. Pewnego dnia przyszedł ubrany w kilt (dla niewtajemniczonych - kilt to słynna szkocka spódnica dla panów). W tym momencie przez głowę przalatywały mi tylko dwie rzeczy: czy naprawdę nie ma majtek pod kiltem i czy przyjechał na rowerze... Nie wiem nawet, czy nie mówiłam o tym Tadziowi na głos - można się łatwo przyzwyczaić, że nikt cię nie rozumie, gdy mówisz w swoim języku...Po dwóch dniach od ubrania narodowego szkockiego stroju, spotkałam go z samego rana, czekającego na kolegów z zakładu na rozpoczęcie porannej kawy. "Are You from Poland?" - zapytał. A gdy odpowiedziałam "yes": "Jesteś z Polski?". Byłam tak zdezorientowana, że Szkot mówi do mnie po polsku, że ciągle odpowiadałam po angielsku i zwróciłam uwagę, że jego polski jest znakomity, bez cienia obcego akcentu. Wtedy odpowiedział: "Kamil jestem. Moja matka jest Polką, a ojciec Szkotem". Okazało się, że urodził się i większość życia spędził w Polsce, a nawet studiował we Wrocławiu, na biotechnologii, ale tylko przez dwa lata. Potem przeniósł się do Holandii, tu zrobił magisterkę, teraz jest w trakcie studiów doktoranckich. Ale cały czas ma świeże wiadomości dotyczące naszego wydziału - wie np. że Otlewski jest dziekanem. Naprawdę mam nadzieję, że nie wymieniliśmy między sobą jakiś uwag na jego temat, gdy myśleliśmy, że nas nie rozumie...

Brak komentarzy: