A propos jedzenia - odkryliśmy przypadkowo przepyszny deserek - vla [czyt. fla]. Wyglądał z zewnątrz jak karton jogurtu, od środka okazał się czymś w rodzaju budyniu. Ale jest dużo lepszy od budyniu. Holendrzy zresztą uważają vla za odmianę jogurtu. Jedna Holenderka, znajoma Folkerta, nauczyła mnie też jak Holendrzy radzą sobie z hiperkwaśnym jogurtem i dziurawiącym się podczas smarowania chlebem. Jogurt słodzą, chleb kupują w sobotę na Vismarkt niekrojony i kroją w ogromne pajdy. Ten naród jest nielogiczny.
Co prawda spostrzeżenia sportowe powinny należeć do Tadzia, ale skoro on nie chce, to ja napiszę o 2 sportach narodowych Holendrów.
1. bieg w błocie. Za każdym razem podczas odpływu morze cofa się na tyle, że można przejść, a raczej dotaplać się przez błoto, między wyspami Fryzyjskimi. Sport nie dla mnie i nie polecany osobom poniżej 170cm wzrostu, bo w pewnym momencie nawet najwyżsi muszą płynąć przez błoto. I łatwo stracić buty. Zalecane są trampki, bo są tanie, a i tak trzeba będzie je wyrzucić. Z tym, że tu się nie mówi trampki, tylko: podróby Conversów. Conversy są tu bardzo popularne. Folkert ma w kratkę.
2. wyścig na łyżwach dookoła 11 miast. Zdarza się raz na dekadę, bo z reguły zimy są tu bardzo łagodne, a żeby się odbył Fryzję musi pokryć gruba warstwa lodu. Ale jak już się odbędzie, to gromadzi przed telewizorami cały naród. W tym czasie zakazane jest wylewanie wody pochłodniczej do rzek, bo może to spowodować pęknięcie lodu. Ponadto, o ile dobrze zrozumiałam, naukowcy pracują nad sposobami pogrubienia tego lodu i zwiększenia jego trwałości. Trasa wyścigu to jakieś 200km. Ostatni taki wyścig odbył się 11 lat temu, a Holendrom ciągle oczy świecą na jego wspomnienie. Mają nadzieję na ostrą zimę w tym roku...
Podsumowując: sami o sobie mówią "Wiemy, to szalone, ale jesteśmy Holendrami. Jesteśmy szaleni".
Na koniec dla tych, którzy ciągle narzekają na brak zdjęć - oto krótka prezentacja mojego zardzewiałego roweru. Tu go widać jeszcze ze zflaczałą oponą. Wydaje mi się, że gruby łańcuch pokryty różowym plastikiem, który kupiłam w celach ochrony wehikułu przed kradzieżą, ma większą wartość od samego roweru...Teraz jego wartość pewnie jeszcze spadła, bo wczoraj przeżyłam swoje pierwsze zderzenie z samochodem na rowerze. Tak, tak. Miałam wypadek, ale żyję, nic nie połamałam, rower jeździ, tylko, że skrzypi jeszcze bardziej. A wypadek wziął się z tego, że Holenderscy kierowcy wychodzą z założenia, że rowerzysta zawsze zdąży. I Holenderski rowerzysta pewnie by zdążył...
2 komentarze:
Justynka! Super mi sie czyta Twoje notki (Tadzia też, jak pisze). Aż wam zazdroszczę - i nowych wrażeń i bloga:P Chyba też będę coś pisać z Danii:)
a to sie ciesze:). i mam nadzieje, ze sie nie miniemy z naszymi wyjazdami.
Prześlij komentarz