niedziela, 28 października 2007

3FM czyli hity z satelity

3FM to tutejsza stacja radiowa, którą z namiętnościa słuchają w laboratoriach prawie wszyscy w naszej grupie badawczej (niechlubny wyjatek stanowi Ria, techniczna po 50-tce, ktora z pasja radio wylacza jak tylko w labie sie pojawia). Po dwumiesiecznej ekspozycji na jego dzwieki nam tez sie juz podoba.

Radio prowadzone jest na sposob Zetkowo-Eskowy, co na poczatku spowodowalo moja do niego nieufnosc, jako ze powyzsze dwie stacje sa dla mnie symbolem komercyjnej kaszany. Muzyka poczatkowo tez nie wydaje sie byc zbyt ambitna- taki pop z elementami rocku, choc trzeba przyznac ze artysci czesto w Polsce nie znani.

Zmiana mojego nastawienia przyszla gdy z ciekawosci czy tutejsze hity sa hitami w Polsce porownalem znane mi z 3FM single z hitami Listy przebojow 3-jki i Listy RMF-FM. Okazalo sie ze co najwyzej 10% z nich w ogole zaistnialo gdzies tam na listach. Za to oczom moim ukazaly sie Dody i inne Iglesiasy lub odrobine mniej popowy repertuar(jesli chodzi o liste 3-jki). Stad postanowilem powklejac linki do youtubowych teledyskow tutejszych hiciorow, chociazby po to zeby pokazac ze pop moze byc dobry. Jesli ktos z was zna ktorys z do tej pory nieznanych mi kawalkow, to sie pochwalcie;)

Do moich ulubionych naleza:

http://youtube.com/watch?v=glkG9GLmOqY

http://youtube.com/watch?v=OHN2JKuqNNc

http://youtube.com/watch?v=iIJo4SCYw_g

http://youtube.com/watch?v=2PoEV8TM5dM

http://youtube.com/watch?v=NZ806mlFoMY

http://youtube.com/watch?v=0qoL-9jGaZc

http://youtube.com/watch?v=VB9vqCIviMk

http://youtube.com/watch?v=orACIBjHuI4

http://youtube.com/watch?v=EbJtYqBYCV8

Warte wspomnienia:

http://youtube.com/watch?v=AjHSu4wNTyw

http://youtube.com/watch?v=p2DucbrV0hc

http://youtube.com/watch?v=W9e_4A7EKoA

http://youtube.com/watch?v=kC3XtTdw3GQ

http://youtube.com/watch?v=4NZZ6tXCuO8

http://youtube.com/watch?v=JK716RqoUms

http://youtube.com/watch?v=6Q16o87sPoM

środa, 24 października 2007

Pastwisko z widokiem na morze


Podczas wycieczki nad Waddenzee bardzo rozśmieszyło nas to, że ludziom zabrania się widoku morza za pomocą płotu i kanału, natomiast owce mogą sobie na morze patrzeć i patrzeć ile chcą. Na zdjęciu to na lewo od owiec to morze. Teraz już wiemy, że owce mają specjalną funkcję, a nawet dwie:
1. wyjadają trawę
2. dreptając po wale utwardzają go, a zatem chronią Holandię przed zalaniem, co dla kraju, który wyrwał morzu połowę swojej powierzchni jest niezwykle istotne.

niedziela, 21 października 2007

Niespodzianki Groningen

Jesteśmy w Groningen już niemal dwa miesiące, a miasto ciągle nas czymś zaskakuje. Np. w czwartek wieczorem pomiędzy Grotte Markt i Vismarkt odkryliśmy budynek, którego nigdy wcześniej nie widzieliśmy, przez zamieszanie związane z targiem. Między nowoczesnymi szklanymi budowlami stoi sobie skromnie jeden z niewielu budynków w Groningen, który przetrwał II wojnę światową. Pięknie odrestaurowany, duma mieszkańców miasta.

A tuż przed nim taka oto powykręcana rzeźba. Pod nią wyczytaliśmy nazwisko Roberto Barni, z tego, co udało mi się ustalić w internecie to włoski artysta, autor rzeźby.


Kawałek dalej, tuż nad pubem wiszą kolejne rzeźby:

Ładne to Groningen, prawda?

WADDENZEE czyli błotnista kałuża, którą Holendrzy zwykli nazywac morzem

Nie wiem jak wy ale ja bardzo lubie polskie morze. Chlodna bryza, piasek, spienione fale.. Szczegolnie jesienia kiedy nie mozna sobie tylka spiec na plazy (w sumie czesto latem tez nie mozna) jest w naszym kochanym Baltyku jakas potega, majestatycznosc, magnetyzm. A skoro Groningen jest jedynie 30 km od tutejszego morza bardzo chcialem je zobaczyc, chociazby po to aby je moc porownac.

Pierwszy zawod spotkal mnie gdy Holendrzy wyprowadzili mnie z bledu: otoz ten kraj tylko czesciowo, z zachodniej strony lezy nad morzem Polnocnym, ktore tak chcialem zobaczyc, a polnoc kraju nad Waddenzee. Na pytanie: "Czy to moze?" Holendrzy odpowiadaja jakos tak wymijajaco "Tak, ale nie do konca. To po prostu Waddenzee." Co wiecej jak sie dowiedzielismy, ciezko sie zorientowac ze to "morze" bo to ponoc tafla blota. Gwoli scislosci to nawet poszukalem w necie co to jest Waddenzee i okazo sie ze zatoka morza Polnocnego..

Korzystajac z okazji bycia w foczym szpitalu zdecydowalismy sie to sprawdzic.

O czym jeszcze udalo nam sie dowiedziec to ze nie tak latwo sie dostac nad Waddenzee, bo nie ma tak naprawde drog w tym kierunku. Ale jak to mozliwe, że nie ma drog nad morze? Przeciez to dla nas bez sensu.
Kombinujac jak kon pod gorke udalo nam sie znalezc droge ktora przez gospodarcze podworko wiedzie w strone morza. I hen daleko za polderem ujrzelismy taka oto groble (zdjecie zrobione z troszke blizszego hen):


Totez z nadzieja powiedzielismy sobie: Ooooooooho, wydma, na niej powyginane drzewka, to pewnie za nia bedzie morze. No to my radosne dreptu, dreptu, dochodzimy do grobli, a za nia...


...kolejny polder za ktorym grobla w oddali.. Taaak.. No dobra, to moze tym razem ta bedzie ostatnia.. Nastepne pol godziny i:

Od grobli odgradzal nas kanal lub plotek. Ale co to dla nas taki maly plotek (bo kanal taki maly to nie byl:P)- jestesmy z Polski:) Totez po wdrapaniu sie na groble, oczom naszym ukazal sie upragniony widok (po ukazaniu sie upragnionego widoku poczulismy cos w stylu: i to juz to? to wszystko? no jak to? to moze pojdziemy kawalek dalej, moze tam cos dalej jest?).





Tak, to trawiaste bloto to juz morze. Za nimi w oddali holenderskie wyspy. Jak sie przyjrzycie to mozna dostrzec falochrony powbijane w poprzek i wzdluz tej odrobine bardziej wodnistej czesci blota. To czesc systemu odgradzajacego lad od morza. A to trawiaste bloto to z kolei pierwszy etap odbierania morzu ladu. I pomyslec ze poldery przez ktore szlismy nad Waddenzee, nie rozniace sie niczym poza idealna plaskoscia od naszych pol, byly kiedys czescia morza.


Aha, jeszcze watek humorystyczny z grobli na ktora wkroczylismy nielegalnie, a na ktorej pasly sie kontemplujace blotnisty krajobraz owce:


Znajdz niepasujace owce!!:P

Holenderska prowincja

Gdy tylko wyjedzie się z miasta zaczyna się monotonny płaski trawiasto-owczo-krowi pejzaż. Krowy i owce pojawiają się tuż za granicami miasta i są wszędzie. Trawa jest aż czarno-biała. I w niemal każdej mijanej wsi jest piękny stary wiatrak.

ZEEHONDENCRECHE PIETERBUREN

Wczoraj zrobiliśmy sobie małą wycieczkę za miasto. Odwiedziliśmy Pieterburen, niewielką holenderską wioseczkę słynną z powodu Centrum Rehabilitacji i Badań nad Fokami (Zeehondencreche). Założycielką centrum była Lenie 't Hart', która zaczynała w latach 70 w ogródku. Teraz jest dyrektorką centrum, które rozrosło się niepomiernie - rocznie leczą około 90 fok pospolitych i 60 fok szarych, a czasem zdarzają się im nawet zagubione foki arktyczne, którym udało się umknąć przed norweskimi i kanadyjskimi łowcami. Łącznie ponad 150 zwierzątek porzuconych przez mamy, zaplątanych w rybackie sieci czy zainfekowanych chorobami i pasożytami, co moim zdaniem jest liczbą imponującą zważywszy na fakt, że centrum nie otrzymuje dotacji od rządu. Na zrobionych przez nas zdjęciach foczki wyglądają trochę martwo, ale to złudne wrażenie - naprawdę są żywe i szczęśliwe, tylko że trochę leniwe. W centrum zawiodło nas trochę to, że wszystkie napisy były po holendersku. Ale za to na koniec w sali filmowej obejrzeliśmy anglojęzyczny film o centrum i o fokach. Który zakończył się bardzo fajną sceną - centrum jest dumne z tego, że nie ma stałych lokatorów, wszyscy rehabilitanci są po wyzdrowieniu wypuszczani na wolność. Akcja uwalniania nazywa się "It's a beautiful day". I ostatnia scena filmu przedstawiała foczkę wypuszczaną do morza do akompaniamentu piosenki Queen "It's a beautiful day, sun shines, nothing gonna stop me now". Bardzo patetycznie.



Wejście do centrum:



Focza karetka:




Foki pospolite:











Foki szare:



Komentarz Tadzia do poniższego zdjęcia: Piękne Panie i Justyna.

poniedziałek, 15 października 2007

Najsłodsze miasto Holandii

W Groningen co jakiś czas dziwnie pachnie. Zapach nie jest brzydki, ale nie jest też przyjemny, przypomina generalnie coś spalonego (tak mi się wydaje, a Tadziowi zapach ten przypomina gotowaną kukurydzę). Od dłuższego już czasu zastanawialiśmy się co jest jego źródłem oraz dlaczego zapach albo unosi się w każdej części miasta albo nie ma go wcale. I Tadzio wczoraj znalazł odpowiedź. Zabrał się bowiem do czytania przewodnika, który był przydzielony do czytania dla mnie i do którego oczywiście za dużo nie zaglądałam i utknęłam na 5 stronie. W każdym razie przewiodnik okazał się bardzo przydatny, bo Tadzio znalazł w nim spis warzyw i innych produktów spożywczych w języku niderlandzkim z tłumaczeniem na polski oraz właśnie wytłumaczenie czym Groningen pachnie. Otóż mieszkańcy Groningen z przekąsem mówią o swoim mieście: najsłodsze miasto w Holandii. A to dlatego, że wokół Groningen są 3 cukrownie. I jesienią, gdy przerabia się buraki cukrowe co jakiś czas wiatr przywiewa z nich zapachy. A że tu naprawdę ciągle wieje z innej strony - jednego dnia czuć przerabianym cukrem czy jakąś melasą, a innego nie. I zagadka rozwiązana.
Ponadto sąsiadujące z nami okolice czasami pachną świeżym tytoniem. Też zastanawiało nas skąd to, dopóki nie natknęliśmy się na fabrykę wyrobów tytoniowych, jakieś 7 minut rowerem od naszego domu.

Stało się to, co się stać musiało.

Czyli Tadzio zaraził się moją miłością do Pascala Brodnickiego i jego wyszukiwarki przepisów. Efektem tego zdarzenia była nasza wczorajsza kolacja - naleśniki z pieczarkami w sosie beszamelowym z gałką muszkatołową. Mmmm. Pycha.

Cantina Mexicana

W środę ubiegłego tygodnia w zakladzie, w którym tu pracujemy odbyło się coś, co zakwalifikowałabym jako "mountain party" (określenie środowej imprezy pożyczone od Marcusa - pn i wt to pod górkę, środa to górka, a później to już tylko w dół do weekendu) - kolacja w restauracji Cantina Mexicana. Początkowo prognozowana cena zwaliła nas z nóg - 15 euro za osobę (to Holandia - każdy płaci za siebie), a gdy jeszcze wzrosła do 17 powiedzieliśmy kolacji stanowcze nie. Co na szczęście postanowili nam wybić z głowy nasi supervisorzy. Marteen wymyślił, że doktoranci się dorzucą do naszej kolacji, więc zapłacimy mniej, bo sami pamiętają ciężkie czasy studenckie, gdy przez pół roku jedli masło orzechowe, bo to było najtańsze. Liesbeth zaś postanowiła za mnie zapłacić, bo jestem jej studentką i ona w młodości też z takich zaproszeń korzystała. W każdym razie zjawiliśmy się na miejscu o umówionej porze. I było warto! Zwłaszcza, że usiedliśmy obok dwóch Hindusów - Siwy i Tijus'a, więc stworzyłam sobie z nimi kącik wegetariański. Idealną bezmięsną harmonię psuł niestety Tadzio, wtrząchając z zapałem żeberka biednej świnki w cynamonie. To naprawdę cudowne, gdy wegetarianie stanowią 20% pracowników zakładu i ludzi powiązanych (czytaj: studentów). Wtedy wszyscy muszą o nich pamiętać:). I nikt nie próbuje nikomu udowodnić, że nie jedząc mięsa niszczysz swój organizm. Holendrzy są naprawdę tolerancyjni. A poza kwestią wegetariańską: zapoznaliśmy się z holenderskim zwyczajem w meksykaskiej restauracji. Po kolacji podaje się w koszyczku miętówki z babcią obecnej królowej Holandii Wilhelminą. Po 3 godzinach pałaszowania wszyscy wsiedli na rowery (wszyscy to naprawdę wszyscy) i część pojechała na piwo, a część do domów. Mnie w drodze powrotnej spotkał nieprzyjemny wypadek - zapoznałam się z chyba jedynym w Holandii psem, który się denerwuje na rowerzystów. Wielkie psisko chciało mnie chyba zwalić z roweru, ale się nie dałam! A Tadzio dzielnie trzymał za mnie kciuki, bo jechał za mną, więc istniało niebezpieczeństwo, że ten z pewnością pies-obcokrajowiec zajmie się nim, gdy skończy ze mną.

środa, 10 października 2007

Pożary nas omijają

Dziś podczas kitchen party dowiedziałam się, że przegapiliśmy alarm przeciwpożarowy wywołany przez sąsiada z piętra. Działo się to wczoraj, bylismy w pokoju, nic nie słyszeliśmy. A Marcus w swoim pokoju smażył kurczaka i palił papierosa jednocześnie i nie zauważył, że ma dużo dymu. Dowiedział się w momencie, gdy do jego pokoju zapukali strażacy. W każdym razie - alarm chyba własnie przestał działać na naszym piętrze, więc jak będzie prawdziwy pożar, to dowiemy się dopiero gdy przyjadą strażacy lub dzień później (jak w naszym przypadku). Jak widać, mamy tak wesoły akademik, że sytuacja robi się tragiczna - dziś student manager wysłała maila do wszystkich z instrukcjami co robić, gdy alarm znów się włączy gdy jej nie ma, bo w ciągu ostatniego tygodnia strażacy odwiedzali nas już 3 razy. Jeden wtedy w nocy, jeden wywołany przez Marcusa i nie mam pojęcia kiedy był 3 raz. W końcu spłoniemy i strażacy będą przekonani, że mamy imprezę, więc nie przyjadą.

niedziela, 7 października 2007

Niedziela pracująca

Pamiętacie jeszcze czasy, gdy w tygodniu wszystkie slepy o 18 były zamknięte i raz na jakiś czas odbywało się zakupowe święto pod tytułem pracująca niedziela? Gdy w tę jedną specjalną niedzielę cały niemal Wrocław kierował się na zakupy do Pedetu, bo to przecież jedyna taka okazja, żeby spokojnie coś sobie obejrzeć, gdy nie ogranicza Cię zmęczenie i praca skończona tuż przed zamknięciem sklepów (lub jak było w moim wypadku - zmęczenie i praca rodziców). Kto pamięta datę ostatniej takiej niedzieli we Wrocławiu? Poruszam ten temat, bo tu, w cywilizowanym zachodnim kraju, wszystkie sklepy w tygodniu są zamykane o 17 (poza czwartkiem, dniem zakupów, gdy otwarte są aż do 20). W soboty (o ile są otwarte) też są czynne do 17. Natomiast raz na miesiąc można te zakupowe limity sobie zrekompensować - pierwsza niedziela miesiąca jest zawsze niedzielą handlową. Holendrzy dostają w takie dni szału. Gdy wczoraj weszliśmy na chwię do H&M były tam takie tłumy ludzi, że nikt nad niczym nie panował. Mnóstwo klientów, mało obsługi, wszędzie kolejki, na podłodze duże ilości ubrań, które spadły z wieszaków i których nikt nie podniósł. Trochę jak taki bardziej luksusowy targ na Zielińskiego. Tadzio wyszedł stamtąd z wrażeniem, że to musi być traktowane tutaj jak sklep dla biedniejszej klasy społecznej. Ale to chyba nie o to chodzi. W związku z powyższym zastanawiam się, jaki jest sens niedzieli handlowej? Mam wrażenie, że po wczorajszym dniu na półkach po prostu nic nie zostało. Więc co będą kupować dziś, w niedzielę? Mieliśmy to dzisiaj sprawdzić, lecz pogoda była tak ładna, że wolelismy wybrać się na rowerową przejażdżkę w nieznane dotąd regiony Groningen. I odkryliśmy przepiękny park z kaczkami. Zamieszczam zdjęcia.

Sowy przed parkiem z kaczkami:


Typowy holenderksi widoczek - woda, kanały, woda, woda...


Droga siostro - oto dowód, że potrafię jeździć na rowerze:





Pokręcona holenderska architekrura - kopnięty budynek:

PAS OP! BRAND!

Noc z czwartku na piatek. Śpimy głęboko. Nagle coś mnie budzi. Ledwo przytomna sięgam po komórkę z myślą "Jeszcze 10 minut...", kiedy do mojej świadomości dociera fakt, że to nie mój budzik dzwoni. Uradowana pomyślałam, że to musi być alarm jakiegoś samochodu z ulicy. Alarm jednakże dzwoni i dzwoni, nie daje zasnąć. Po jakimś czasie szturcha mnie Tadzio, na co odpowiadam: "Spokojnie, to nie mój budzik". A on na to :"Wiem, że to nie Twój budzik. To alarm przeciwpożarowy. Z domu. Naszego". Spojrzałam na komórkę - piąta nad ranem. Myślałam: "Cholerni imprezowicze, na bank ktoś ziołem zadymił w pokoju" (ponieważ czwartek jest tutaj dniem imprez studenckich). Wyszłam na korytarz, gdzie spotkałam zdenerwowanego Indonezyjczyka, który upierał się, że to idzie z naszej kuchni. W głowie zakołatało mi coś o czerwonych światełkach nad drzwiami, o których mówiła Selma na spotkaniu akademikowym. Pobiegłam za Indonezyjczykiem do kuchni, gdzie okazało się, że czerwone światełko się nie świeci, a Indonezyjczykowi wydawało się, że to tu się pali, ze względu na wmontowany nad drzwiami głośnik od alarmu. Postanowiłam przebiec inne pokoje na piętrze i sprawdzić cholerne światełka, żeby nie wracać tu z powrotem z dołu, jak się okaże, że to na naszym piętrze (4) coś lub ktoś włączył alarm. Zanim wróciłam wokół pokoju naszego i Indonezyjczyka zebrał się już mały tłumek zaspanych mych sąsiadów w piżamach. Powiedziałam, że to nie nasze piętro, więc trzeba podjąc decyzję czy schodzimy na dół. Indonezyjczyk z Marcusem ruszyli w stronę klatki schodowej, ja postanowiłam poczekać na Tadzia, a dziewczyny postanowiły poczekać na mnie. I dobrze zrobiłyśmy, bo po chwili Indonezyjczyk i Marcus wrócili mówiąc, że piętro niżej spotkali chłopaka mówiącego "False alarm, You don't have to go downstairs". Po jakiejś minucie alarm się uciszył. Wróciliśmy wszyscy do pokojów. Ułożyłam sie wygodnie w łóżku. Ledwo zamknęłam oczy znów usłyszałam potworne wycie. Tym razem z zewnątrz. Przyjechała straż pożarna. Dwa wozy. Do nas. I zaraz zawróciła. Bo przecież nic się nie stało. Widać ktoś kto wyłączył alarm, zapomniał, że mamy bezpośrednie połączenie z jednostką straży pożarnej, więc trzeba zaraz do nich zadzwonić, gdy tylko wykryje się przyczynę wycia.
A teraz o tytule słów kilka: rozpoczęłam naukę języka niderlandzkiego:). Anne uczy mnie słów, które mogą być przydatne w różnych okolicznościach. W związku z alarmem w moim domu nauczyłam się krzyczeć "Uwaga! Pożar!" po niderlandzku. Pas op! Brand! [pas op! bront!].