środa, 19 grudnia 2007

PRETTIGE FEESTDAGEN!

Czyli takie mniej więcej Wesołych Świąt:).
Nasz żywy akademik powoli pustoszeje. Na naszym piętrze na święta zostaje jedynie Chinka i Indonezyjczyk. W całym budynku nie będzie raczej więcej niż 10 osób. My się pakujemy, a raczej Tadzio jest spakowany, a ja ciągle w rozsypce. Z nerwów dostałam czkawki i postanowiłam się zrelaksować postem o świętach w różnych krajach. Oto, czego się dowiedzieliśmy i co nas zaskoczyło:
1. Holandia - nie ma Wigilii. Nie ma prezentów, bo już je przynióśł 5 grudnia Sinterklaas. Jest kolacja z rodziną pierwszego i drugiego dnia. Ale to chyba powoli zanika - Anne np. postanowił nie wychodzić nigdzie pierwszego dnia Świąt i jeść z żoną naleśniki, bo lubią naleśniki. Ale będą mieli choinkę.
2. Wigilię mają: Niemcy, Szwedzi, Estończycy, Finowie. Ale tylko u nas jest ona bezmięsna. Z ciekawostek:
Typowe danie wigilijne Estończyków to kaszanka.
Szwecja o 15 w Wigilię cała staje i wszyscy oglądają Kaczora Donalda. To nie dowcip. To prawda. Wigilijny Kaczor Donald jest tradycją chyba od lat 50. Jedyne, co się zmieniło w międzyczasie to to, że teraz jest kolorowy.
Poza tym szwedzkie dzieci dostają w Wigilię prezenty dwa razy. Pierwszy rano, mały prezencik pod poduszką, żeby miały co robić do wieczora. Mogą być to np. małe klocki lego. A wieczorem przychodzi Święty Mikołaj i są duże prezenty.
Podsumowując:
CHCEMY DO SZWECJI!!!

sobota, 15 grudnia 2007

Wieczór w stylu gezellig

Pod koniec listopada mój supervisor Anne postanowił pokazać nam prawdziwą Holandię. Zaprosił nas na kolację w celu zaznajomienia nas z pewnym bardzo ważnym dla Holendrów słowem - gezellig. Słowo to jest chyba nieprzetłumaczalne na żaden inny język i stanowi ideał, do którego Holendrzy dążą. Oznacza miłą, ciepłą atmosferę, przyjacielskość, towarzystwo. Może być używane w odniesieniu do pomieszczeń, miejsc, zachowania.
Kolacja u Anne i Annemarie była właśnie bardzo gezellig. Oni przygotowali tutejszą tradycyjną potrawę zimową w wersji wegetariańskiej (ziemniaki gatunku bardzo delikatnego potłuczone i ugotowane z porem, serem zółtym i chyba czymś jeszcze. W wersji dla mięsożerców znajdował się boczek), my zaś przygotowaliśmy barszcz biały z torebki. Piliśmy sobie winko, rozmawialiśmy o kultrowych różnicach i problemach Holandii z imigrantami, słuchaliśmy cichej, spokojnej holenderskiej muzyki i jazzu. Wszystko ładnie się komponowało z malutkim, ale ślicznie urządzonym mieszkankiem Annego i Annemarie. Holendrzy są bardzo dumni z wystroju swoich mieszkań. Poświęcają wiele czasu na urządzenie ich w stylu gezellig, efekt w większości przypadków jest naprawdę przytulny, funkcjonalny, w dobrym stylu. A skąd to wiem? Bo skoro tyle wysiłku wkładają w urządzenie mieszkania, duma z efektu nie pozwala im zasłaniać okien w pokoju dziennym. A jak już pisaliśmy okna są tu naprawdę duże, w związku z czym z zewnątrz można podziwiać wystrój mieszkań niemal wszystkich Holendrów.
Ale wracając do kolacji - na koniec Anne i Annemarie zaserwowali tradycyjny holenderski deser. W momencie, gdy pojawił się na stole przypomniało mi się dzieciństwo. Bo deserkiem tym jest kaszka manna z gęstym sokiem owocowym jako polewą. W moim przedszkolu gęsta, zimna kaszka(na płaskim talerzu, z czego śmieje się Tadzio), pływająca w soku malinowym była typowym deserkiem. Może kucharka była Holenderką?

niedziela, 9 grudnia 2007

Ulica Czerwonych Latarni

Ciekawość powiodła nas pewnego wietrznego dnia na ulicę Nieuwstad, po której samochody jeżdzą wolno, a wieczorem jest bardzo czerwono. Na tutejszą wersję amsterdamskiej dzielnicy Czerwonych Latarni.
Uliczka ta leży bardzo niedaleko centrum miasta - jeśli miałabym ją porównać do realiów wrocławskich byłaby to ulica Łaciarska - mała uliczka niedaleko Rynku, prostopadła to jednej z najbardziej zatłoczonych pieszymi ulic w mieście. Tak wygląda Nieuwstad, z tym że jest jeszcze węższa. Na ulicy do niej prostopadej - Folkingestraat, idącej z Vismarkt, znajdują się orientalne sklepiki i synagoga. Synagoga stoi naprzeciwko sex shopu. Ulica Nieuwstad jest jakieś dwa metry od synagogi. Witajcie w Holandii.
Wybraliśmy się tam w sobotni wieczór około godziny 18, po zakupach. Ulica Folkingestraat była jak zwykle pełna ludzi. Tuż przed synagogą zakręt w prawo - jesteśmy na miejscu. Jest cicho, ciemno, czerwono i pusto. Jedynie na końcach ulicy samotni mężczyźni - może wiedzą, że jesteśmy tylko turystami, więc czekają, aż znikniemy by się zdecydować na oferowane tu usługi?
Po obu stronach ulicy są duże (nawet jak na holenderskie warunki) okna, po bokach podświetlone czerwonymi światłami. W oknach zaś powód niezwylke niskiej prędkości przejeżdżających tędy samochodów - roznegliżowane kobiety. Roznegliżowane, nie nagie.
Ludzie spodziewający się po tych wystawach czegoś więcej byliby zawiedzeni. Kobiety te siedzą, wyglądają na znudzone i czekają. Kiedy indziej, w ciągu dnia, widziałam nawet jedną przeglądającą kolorową gazetę. Jak w kolejce do fryzjera. Tylko, że strój inny. A może wyglądają w ten sposób tylko gdy po drugiej stronie szybki jest inna kobieta, w przeciwieństwie do nich wolna, która przyszła tu z ciekawości? Może gdy zniknęłam, a na ulicy Czerwonych Latarni pozostali sami klienci, kobiety wyglądały bardziej namiętnie?
Jeszcze jedna obserwacja. Na ulicy Nieuwstad nie pracują Holenderki. Widzieliśmy murzynki, turczynki, bułgarki. Żadnej blondynki, żadnej białej kobiety. Kiedy innego dnia przez przypadek wjechaliśmy na drugą stronę ulicy Nieuwstad (tam naprawdę można trafić niechcący) widzieliśmy kobiety mniej egzotyczne, również blondynki, ale na pewno nie tutejsze. Ja stawiam na Ukrainki. I Polki.
Skąd tu taka międzynarodowość? Bo nie ma wielu kobiet, które same decydują się na ten zawód. W Holandii prostytucja jest legalna, by można było ją kontrolować. Nie wszystko jednak jest w rzeczywistości kontrolowane. Od Holendrów dowiedzieliśmy się, że prawdopodonie większość kobiet, które widzieliśmy, jest do prostytucji zmuszana. Zastraszana, bo są tu nielegalnie, nie znają swoich praw, ktoś im zabrał paszport. Możliwe, że przyjechały do innej pracy, ale ktoś je oszukał. Nie brzmi wesoło, prawda?'
Z tego co wiem Amsterdamska dzielnica nie jest tak smutna. W Groningen na Nieuwstad chodzi się po płatny seks. W Amsterdamie chodzi się tam na imprezę i podobno jest naprawdę gezzelig (przytulnie, towarzysko, przyjacielsko). I jeszcze wersja Amsterdamska to właściwie całe centrum miasta. Trudno ją ominąć i też można tam tarfić przypadkowo.

środa, 5 grudnia 2007

CIĄG DALSZY NASTĄPI

Nasza nieobecność tutaj przez dwa tygodnie była testem - na to czy ktoś o nas pamięta, zagląda tu i tęskni. Otóż jako, że znaleźliśmy komentarze Beti i Witka, jutro specjalnie dla nich zamieścimy trzy wpisy:
1. z naszej wizyty na Ulicy Czerwonych Latarni w Groningen
2. z bardzo gezzelig wieczoru u Anne i Annemarie
3. z Sinterklaas party na które idziemy dzisiaj.
Do przeczytania!

sobota, 17 listopada 2007

Kobieta zmienną jest-sponsorem dziesiejszego posta jest literka Ł

Ł

piękne, prawda?

Ł

ach! jakaz ona cudownie polska, nadwiślańska by rzec można (dla lokalnych patriotow nadodrzańska). Nigdzie indziej nie ma takiego pięknego Ł. Na zachód od Polski* nikt nie używa, na wschód rozmamłują jej dźwięk z L.

Ł

Wyobraźcie sobie życie bez łódki, ławki, łosia, łabędzia, łań, łanów, łańcucha czy łojotoku!tak, szczegolnie bez łojotoku:( prawda, że smutne, jakieś jałowe?

Otóz jak wszyscy wiemy w Holandii Ł nie istnieje (patrz *). Co zrobią skonfudowani literką Ł holenderscy listonosze gdy otrzymają do dostarczenia przesyłkę na nazwisko Łaba? Załamią ręce i poddadzą sie? Najdą ich myśli samobójcze, powiedzą "ta robota to jednak nie dla mnie" i zdecyduja przejść na wczesniejszą emeryture? NIE!! Holendrzy to naród twardy, uparty i kreatywny. Oni dostarczą zawiadomienie o paczce! Co jednak zrobić z tym cholernym wykrętasem? Hmmm.. Zamieńmy literkę na swoje:)

I w ten sposób stałem sie swego rodzaju bigamistą- bo moją dziewczyną jest nie tylko Justyna Łaba. Mam też parę innych Justyn na boku: Justynę Fabę, Justynę Fagę, Justynę Tabę a nawet Justynę Tagę!:P

Na szczęście do mnie wiele przesyłek nie ma, bo aż strach pomyśleć co mogliby zrobić z Łężniaka:P

sobota, 10 listopada 2007

Martinikerk

Dzisiejszy post jest spóźniony - powinien pojawić się tydzień temu, razem z opisem naszej wspinaczki na Martini Toren. Mowa dziś będzie o Martinikerk, kościele świętego Marcina, który zwiedziliśmy zaraz po wejściu na wieżę.
Martinikerk jest kościołem protestanckim - protestanci to większość Holenderskiego społeczeństwa, katolicy to niecałe 15%. Ale zwiedzany przez nas kościół w chwili powstania około 1000 roku i przez wiele wieków później był rzymskokatolicki i wiele śladów z tamtego okresu można w nim jeszcze odnaleźć, w czym bardzo pomaga wypożyczana na czas zwiedzania kościoła mapka, z zaznaczoną ścieżką i wartymi zobaczenia freskami/witrażami/rzeźbami (a raczej jedną rzeźbą). W kościołach protestanckich nie ma ołtarza. Nie ma też obrazów, rzeźb. W Martinikerk praktycznie jedyne zachowane ozdoby są z okresu rzymskokatolickiego i mają jedynie wartość historyczną.
Na poniższym zdjęciu widać malowidło sufitowe - świętego Marcina z żebrakiem, z którym według legendy podzielił się swoim płaszczem. Święty Marcin jest dla Holendrów, protestantów nie uznających świętych, kimś specjalnym. Obchodzą jego święto 11 listopada. Co prawda dzień ten jest dopiero przed nami, ale już o nim słyszeliśmy. Trochę to przypomina amerykańskie Haloween - dzieci chodzą po mieście od domu do domu i proszą o cukierki. Do nas raczej nie zapukają - zdaje się, że mamusie pilnują by dziatwa nie zapukała do studentów, bo krążą pogłoski o maluszkach, które to zrobiły i dostały małe białe "cukierki" - viagrę i extasy.

A tutaj widać to, co prawdopodobnie u nas byłoby ołtarzem, oraz ambonę, zdaje się, że naprawdę używaną.


Z przodu kościoła (wg naszych pojęć - za ołtarzem), w czterech wielkich oknach wymalowane są herby szlacheckich rodzin oraz notabli miasta Groningen. Na zdjęciu tylko jedno - nie chcemy Was zanudzać.


A to miniaturka Martnikerk zrobiona z zapałek!


Teraz dochodzimy do ozdób współczesnych. Oto drewniana rzeźba symbolizująca świętego Marcina, z czterema rękami wyciągniętymi ku górze.



A poniżej seria kilimów przedstawiających siedem dni stworzenia.

dzień pierwszy - światłość, dzień i noc.

dzień drugi - niebo
dzień 3 -ziemia, morze, rośliny i dzień 4 - słońce i księżyc.


Dzień 5 - zwierzątka i dzień 6 - człowiek.


Tu znów widać dzień szósty i mój ulubiony dzień siódmy - odpoczynek:P.





piątek, 9 listopada 2007

Pada, pada, pada, wieje,pada, wieje...

Ech, nasze szczęście się skończyło. Dokładnie w środę. Zaczęła się pora deszczowa. Sztormy nie ustaną do maja. Tak, sztormy, żyjemy w końcu na morzu przysypanym ziemią. W środę, gdy jechaliśmy do labu spadł pierwszy deszcz. W związku z czym zadebiutowały nasze holenderskie spodnie przeciwdeszczowe - moje wrodzone kobiece wyczucie ładnych ciuchów cierpiało, gdy naciągałam na dżinsy okropne gumowe dresy w okropnym granatowym kolorze. Muszę jednak je pokochać - padać nieprzestanie, a bez nich na rower nie ma po co wsiadać. Zrobiliśmy to wczoraj, po pracy, bo rano nie padało, więc mieliśmy nadzieję, że tak już będzie do końca dnia. Nie było. Gdy po 18 wychodziliśmy z labu zaczęło padać. Ale mieliśmy nadzieję, że może nie będzie źle, więc wsiedliśmy na rowerki i jechaliśmy. A było źle. W połowie drogi zaczął się sztorm. Gdy wróciłam miałam mokre wszystko - spodnie, kurtkę, sweter, bieliznę, skarpetki. W butach miałam autentyczny basen. Nie myślcie sobie, że wiecie co to znaczy basen w butach, też myślałam, że wiem jak to jest. Do wczoraj. Nigdzie nie widziałam takiego deszczu. Gdy wróciliśmy nasze rzeczy były tak mokre, że można je było wyciskać i wyciskać i wyciskać... Całe szczęście, że jest suszarka w akademiku...Dlatego dziś wsiadłam w autobus. I chyba już go nie opuszczę...

niedziela, 4 listopada 2007

Patrzymy na Groningen z góry - Martini Toren

Z góry, a nawet z bardzo wysoka - z 90 metrów. W niedzielę wykorzystaliśmy prawdopodobnie ostatni bezdeszczowy dzień i dzielnie pokonaliśmy 370 stopni wieży Świętego Marcina (Martini Toren), po to by pokazać Wam w jakim pięknym mieście mieszkamy i żeby sprawdzić gdzie byliśmy i czy dużo jeszcze zostało do zobaczenia. Wynik jest zadowalający - północną stronę miasta znamy niemal perfekcyjnie. Poza Muzeum. Tę wycieczkę cały czas odstawiamy na później, chociaż podobno otwarte jest nawet w niedzielę (jedyny czynny w całym mieście obiekt w tym dniu tygodnia).
Oto sam szczyt wieży, a dokładnie zegar od wewnętrznej strony.

A oto kościół, przy którym zbudowano wieżę - Martinikerk, kościół św. Marcina. Przy którym, ponieważ kościół zbudowano wcześniej, w 1220, z inną wieżą, niższą. Ale wieża się zawaliła, więc w 1430 wybudowano nową i jeszcze ją powiększono w XVI wieku.


Dzwony, nieodłączny element wieży przy kościele. Spotkaliśmy je na wysokości 251 stromych schodków, gdy zaczęłam się zastanawiać czy to był dobry pomysł, żeby wchodzić tak wysoko w spódnicy i kozakach... Dzwony te niestety lub na szczęście nie działają. Na szczęście - bo coś zaczęło dzwonić jak byliśmy obok nich, więc jakby działały to pewnie wycieczka skończyłaby się głuchotą.





I wreszcie - taras widokowy, niestety otwarty tylko z jednej strony, tak by móc podziwiać północną stronę miasta. Może inne są nieciekawe?

Ten plac ze straganami to Grotte Markt, tutejszy Rynek. Tak, dobrze widzicie - w centrum Groningen są stragany, ale nie w każdy dzień tygodnia. Za to w każdy dzień tygodnia jeżdżą autobusy. Dziwnie to wygląda dla przyzwyczajonych do martwej przestrzeni w Rynku Wrocławian, prawda?

A tu chyba zachód Groningen, za kratkami.


Kawiarnie i parkingi na dachach.

Znów Grotte Markt. Ale tym razem widać także Ratusz.

A tu jak się przyjrzycie, zobaczycie Teatr. Do którego niestety nie wejdziemy, bo i tak wszystko będzie po niderlandzku:(.
Ładne miasto, prawda? Niska zabudowa, nic nie zasłania widoku, poza pomarańczowym wysokim budynkiem w dziwnym kształcie. To najpiękniejszy budynek Holandii. Mieszkamy zaraz na przeciwko.




czwartek, 1 listopada 2007

BARDZO WAŻNY WPIS. URODZINOWY.


Postanowiłam tutaj zostawić życzenia urodzinowe dla bardzo ważnej dla mnie osoby (taki mały test - chce się przekonać czy czyta bloga). Kasiu! Wszystkiego najlepszego z okazji 22 urodzin! Żeby w Polsce było dziś słonecznie i pięknie i żeby głowa Cię nie bolała po Haloweenowej imprezie:). Tadzio oczywiście się do życzeń dołącza:). To pewnie nie jest Twoje ukochane zdjęcie, ale to jedyne jakie mam na komputerze:).

niedziela, 28 października 2007

3FM czyli hity z satelity

3FM to tutejsza stacja radiowa, którą z namiętnościa słuchają w laboratoriach prawie wszyscy w naszej grupie badawczej (niechlubny wyjatek stanowi Ria, techniczna po 50-tce, ktora z pasja radio wylacza jak tylko w labie sie pojawia). Po dwumiesiecznej ekspozycji na jego dzwieki nam tez sie juz podoba.

Radio prowadzone jest na sposob Zetkowo-Eskowy, co na poczatku spowodowalo moja do niego nieufnosc, jako ze powyzsze dwie stacje sa dla mnie symbolem komercyjnej kaszany. Muzyka poczatkowo tez nie wydaje sie byc zbyt ambitna- taki pop z elementami rocku, choc trzeba przyznac ze artysci czesto w Polsce nie znani.

Zmiana mojego nastawienia przyszla gdy z ciekawosci czy tutejsze hity sa hitami w Polsce porownalem znane mi z 3FM single z hitami Listy przebojow 3-jki i Listy RMF-FM. Okazalo sie ze co najwyzej 10% z nich w ogole zaistnialo gdzies tam na listach. Za to oczom moim ukazaly sie Dody i inne Iglesiasy lub odrobine mniej popowy repertuar(jesli chodzi o liste 3-jki). Stad postanowilem powklejac linki do youtubowych teledyskow tutejszych hiciorow, chociazby po to zeby pokazac ze pop moze byc dobry. Jesli ktos z was zna ktorys z do tej pory nieznanych mi kawalkow, to sie pochwalcie;)

Do moich ulubionych naleza:

http://youtube.com/watch?v=glkG9GLmOqY

http://youtube.com/watch?v=OHN2JKuqNNc

http://youtube.com/watch?v=iIJo4SCYw_g

http://youtube.com/watch?v=2PoEV8TM5dM

http://youtube.com/watch?v=NZ806mlFoMY

http://youtube.com/watch?v=0qoL-9jGaZc

http://youtube.com/watch?v=VB9vqCIviMk

http://youtube.com/watch?v=orACIBjHuI4

http://youtube.com/watch?v=EbJtYqBYCV8

Warte wspomnienia:

http://youtube.com/watch?v=AjHSu4wNTyw

http://youtube.com/watch?v=p2DucbrV0hc

http://youtube.com/watch?v=W9e_4A7EKoA

http://youtube.com/watch?v=kC3XtTdw3GQ

http://youtube.com/watch?v=4NZZ6tXCuO8

http://youtube.com/watch?v=JK716RqoUms

http://youtube.com/watch?v=6Q16o87sPoM

środa, 24 października 2007

Pastwisko z widokiem na morze


Podczas wycieczki nad Waddenzee bardzo rozśmieszyło nas to, że ludziom zabrania się widoku morza za pomocą płotu i kanału, natomiast owce mogą sobie na morze patrzeć i patrzeć ile chcą. Na zdjęciu to na lewo od owiec to morze. Teraz już wiemy, że owce mają specjalną funkcję, a nawet dwie:
1. wyjadają trawę
2. dreptając po wale utwardzają go, a zatem chronią Holandię przed zalaniem, co dla kraju, który wyrwał morzu połowę swojej powierzchni jest niezwykle istotne.

niedziela, 21 października 2007

Niespodzianki Groningen

Jesteśmy w Groningen już niemal dwa miesiące, a miasto ciągle nas czymś zaskakuje. Np. w czwartek wieczorem pomiędzy Grotte Markt i Vismarkt odkryliśmy budynek, którego nigdy wcześniej nie widzieliśmy, przez zamieszanie związane z targiem. Między nowoczesnymi szklanymi budowlami stoi sobie skromnie jeden z niewielu budynków w Groningen, który przetrwał II wojnę światową. Pięknie odrestaurowany, duma mieszkańców miasta.

A tuż przed nim taka oto powykręcana rzeźba. Pod nią wyczytaliśmy nazwisko Roberto Barni, z tego, co udało mi się ustalić w internecie to włoski artysta, autor rzeźby.


Kawałek dalej, tuż nad pubem wiszą kolejne rzeźby:

Ładne to Groningen, prawda?

WADDENZEE czyli błotnista kałuża, którą Holendrzy zwykli nazywac morzem

Nie wiem jak wy ale ja bardzo lubie polskie morze. Chlodna bryza, piasek, spienione fale.. Szczegolnie jesienia kiedy nie mozna sobie tylka spiec na plazy (w sumie czesto latem tez nie mozna) jest w naszym kochanym Baltyku jakas potega, majestatycznosc, magnetyzm. A skoro Groningen jest jedynie 30 km od tutejszego morza bardzo chcialem je zobaczyc, chociazby po to aby je moc porownac.

Pierwszy zawod spotkal mnie gdy Holendrzy wyprowadzili mnie z bledu: otoz ten kraj tylko czesciowo, z zachodniej strony lezy nad morzem Polnocnym, ktore tak chcialem zobaczyc, a polnoc kraju nad Waddenzee. Na pytanie: "Czy to moze?" Holendrzy odpowiadaja jakos tak wymijajaco "Tak, ale nie do konca. To po prostu Waddenzee." Co wiecej jak sie dowiedzielismy, ciezko sie zorientowac ze to "morze" bo to ponoc tafla blota. Gwoli scislosci to nawet poszukalem w necie co to jest Waddenzee i okazo sie ze zatoka morza Polnocnego..

Korzystajac z okazji bycia w foczym szpitalu zdecydowalismy sie to sprawdzic.

O czym jeszcze udalo nam sie dowiedziec to ze nie tak latwo sie dostac nad Waddenzee, bo nie ma tak naprawde drog w tym kierunku. Ale jak to mozliwe, że nie ma drog nad morze? Przeciez to dla nas bez sensu.
Kombinujac jak kon pod gorke udalo nam sie znalezc droge ktora przez gospodarcze podworko wiedzie w strone morza. I hen daleko za polderem ujrzelismy taka oto groble (zdjecie zrobione z troszke blizszego hen):


Totez z nadzieja powiedzielismy sobie: Ooooooooho, wydma, na niej powyginane drzewka, to pewnie za nia bedzie morze. No to my radosne dreptu, dreptu, dochodzimy do grobli, a za nia...


...kolejny polder za ktorym grobla w oddali.. Taaak.. No dobra, to moze tym razem ta bedzie ostatnia.. Nastepne pol godziny i:

Od grobli odgradzal nas kanal lub plotek. Ale co to dla nas taki maly plotek (bo kanal taki maly to nie byl:P)- jestesmy z Polski:) Totez po wdrapaniu sie na groble, oczom naszym ukazal sie upragniony widok (po ukazaniu sie upragnionego widoku poczulismy cos w stylu: i to juz to? to wszystko? no jak to? to moze pojdziemy kawalek dalej, moze tam cos dalej jest?).





Tak, to trawiaste bloto to juz morze. Za nimi w oddali holenderskie wyspy. Jak sie przyjrzycie to mozna dostrzec falochrony powbijane w poprzek i wzdluz tej odrobine bardziej wodnistej czesci blota. To czesc systemu odgradzajacego lad od morza. A to trawiaste bloto to z kolei pierwszy etap odbierania morzu ladu. I pomyslec ze poldery przez ktore szlismy nad Waddenzee, nie rozniace sie niczym poza idealna plaskoscia od naszych pol, byly kiedys czescia morza.


Aha, jeszcze watek humorystyczny z grobli na ktora wkroczylismy nielegalnie, a na ktorej pasly sie kontemplujace blotnisty krajobraz owce:


Znajdz niepasujace owce!!:P

Holenderska prowincja

Gdy tylko wyjedzie się z miasta zaczyna się monotonny płaski trawiasto-owczo-krowi pejzaż. Krowy i owce pojawiają się tuż za granicami miasta i są wszędzie. Trawa jest aż czarno-biała. I w niemal każdej mijanej wsi jest piękny stary wiatrak.

ZEEHONDENCRECHE PIETERBUREN

Wczoraj zrobiliśmy sobie małą wycieczkę za miasto. Odwiedziliśmy Pieterburen, niewielką holenderską wioseczkę słynną z powodu Centrum Rehabilitacji i Badań nad Fokami (Zeehondencreche). Założycielką centrum była Lenie 't Hart', która zaczynała w latach 70 w ogródku. Teraz jest dyrektorką centrum, które rozrosło się niepomiernie - rocznie leczą około 90 fok pospolitych i 60 fok szarych, a czasem zdarzają się im nawet zagubione foki arktyczne, którym udało się umknąć przed norweskimi i kanadyjskimi łowcami. Łącznie ponad 150 zwierzątek porzuconych przez mamy, zaplątanych w rybackie sieci czy zainfekowanych chorobami i pasożytami, co moim zdaniem jest liczbą imponującą zważywszy na fakt, że centrum nie otrzymuje dotacji od rządu. Na zrobionych przez nas zdjęciach foczki wyglądają trochę martwo, ale to złudne wrażenie - naprawdę są żywe i szczęśliwe, tylko że trochę leniwe. W centrum zawiodło nas trochę to, że wszystkie napisy były po holendersku. Ale za to na koniec w sali filmowej obejrzeliśmy anglojęzyczny film o centrum i o fokach. Który zakończył się bardzo fajną sceną - centrum jest dumne z tego, że nie ma stałych lokatorów, wszyscy rehabilitanci są po wyzdrowieniu wypuszczani na wolność. Akcja uwalniania nazywa się "It's a beautiful day". I ostatnia scena filmu przedstawiała foczkę wypuszczaną do morza do akompaniamentu piosenki Queen "It's a beautiful day, sun shines, nothing gonna stop me now". Bardzo patetycznie.



Wejście do centrum:



Focza karetka:




Foki pospolite:











Foki szare:



Komentarz Tadzia do poniższego zdjęcia: Piękne Panie i Justyna.