piątek, 9 listopada 2007
Pada, pada, pada, wieje,pada, wieje...
Ech, nasze szczęście się skończyło. Dokładnie w środę. Zaczęła się pora deszczowa. Sztormy nie ustaną do maja. Tak, sztormy, żyjemy w końcu na morzu przysypanym ziemią. W środę, gdy jechaliśmy do labu spadł pierwszy deszcz. W związku z czym zadebiutowały nasze holenderskie spodnie przeciwdeszczowe - moje wrodzone kobiece wyczucie ładnych ciuchów cierpiało, gdy naciągałam na dżinsy okropne gumowe dresy w okropnym granatowym kolorze. Muszę jednak je pokochać - padać nieprzestanie, a bez nich na rower nie ma po co wsiadać. Zrobiliśmy to wczoraj, po pracy, bo rano nie padało, więc mieliśmy nadzieję, że tak już będzie do końca dnia. Nie było. Gdy po 18 wychodziliśmy z labu zaczęło padać. Ale mieliśmy nadzieję, że może nie będzie źle, więc wsiedliśmy na rowerki i jechaliśmy. A było źle. W połowie drogi zaczął się sztorm. Gdy wróciłam miałam mokre wszystko - spodnie, kurtkę, sweter, bieliznę, skarpetki. W butach miałam autentyczny basen. Nie myślcie sobie, że wiecie co to znaczy basen w butach, też myślałam, że wiem jak to jest. Do wczoraj. Nigdzie nie widziałam takiego deszczu. Gdy wróciliśmy nasze rzeczy były tak mokre, że można je było wyciskać i wyciskać i wyciskać... Całe szczęście, że jest suszarka w akademiku...Dlatego dziś wsiadłam w autobus. I chyba już go nie opuszczę...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz