poniedziałek, 18 lutego 2008

Koniec historii

Dzisiejszej nocy wróciłam do Polski. Skończyła się nasza erasmusowa przygoda z Holandią. Ciężko było zostawiać za sobą piękne, aktualnie słoneczne i wiosenne Groningen, a także wszystkich tych wspaniałych ludzi, których mieliśmy okazję tam poznać - Kaisę, Jessicę, Cheng Chen, Claudia, a przede wszystkim Samuliego i Maxa. Przeraża mnie myśl, że części z nich mogę już nigdy w życiu nie zobaczyć. Ale nawet jeśli, to dobrze było mieszkać razem z nimi przez ostatnie pół roku. Koniec historii, to i koniec bloga. Ale do Holandii jeszcze na pewno wrócimy. Tot ziens!

piątek, 15 lutego 2008

Ostatnie dni

Od wtorku moje życie tutaj nabrało barw i tempa. Tegoż dnia rano odebrałam wreszcie ocenę i załatwiłam przepisanie jej na transcript of records - innymi słowy zakończyłam projekt. I został mi czas na relaks. We wtorek wieczorem było pożegnalne kitchen party, w środę impreza ogólnoakademikowa (zakończona wyjściem do miasta, zepsuciem mojego wysłużonego roweru i zdewastowaniem torebki), a w czwartek pożegnalne piwo z moimi supervisorami, którzy niesamowicie cieszyli się z faktu, że po wyjeździe Tadzia miałam się czuć samotna, a wygląda na to, że się bawię lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Przy okazji zwiedziłam sobie największy bar w Holandii - w tłumaczeniu nazwa to chyba '3 siostry'. Miejsce jest naprawdę ogromne, świetnie urządzone, przy każdym barze inna muzyka, a część barów się kręci. Szkoda, że nie weszliśmy tam nigdy wcześniej... A dziś rano odbyłam moją pierwszą samotną podróż pociągiem - pojechałam do Assen zobaczyć chińskich wojowników z terakoty. Być może samotna pół godzinna podróż nie jest specjalnym osiągnięciem, ale trzeba mi policzyć dodatkowe punkty za to, że w Holandii nie ma punktu z informacją na dworcach, a i bilety trzeba kupić w automacie. Ogółem rzecz biorąc jestem z siebie dumna. Po powrocie przytargałam skrzynkę piwa dla Geerta, który pożyczył mi rower i go nie chce z powrotem, pożegnałam się ze wszystkimi w labie, wróciłam do akademika i rozpoczęłam przygotowania do powrotu do Polski. W niedzielę proszę trzymać za mnie kciuki, bo tym razem samotna podróż będzie znacznie dłuższa.

piątek, 8 lutego 2008

Wiosna!

W poniedziałki w laboratorium jest bardzo zimno. W ogóle laboratorium jest niedogrzane - jeżeli chcę coś inkubować w temperaturze pokojowej, to muszę jednak załączyć łaźnię, bo inaczej nie wychodzi. Pewnego zimnego dnia ogrzewałam się herbatką razem z Liesbeth i Indonezyjką Alią. Oczywiście, rozmawiałyśmy o pogodzie. I wtedy Liesbeth powiedziała coś czego wtedy nie zrozumiałam - że w Holandii uwielbia wiosnę, bo jest bardzo powolna i bardzo długa. W Nowym Jorku nie znosiła faktu, że jednego dnia była zima, a następnego po przebudzeniu widziała wiosenny poranek. Stwierdziła, że pewnie w Polsce jest to samo, z czym się oczywiście nie zgodziłam. Ale teraz uważam, że jednak bliżej mamy do Nowego Jorku niż Holandii :P. Bo dziś do Holandii przyszła wiosna. Od niedzieli dni były coraz cieplejsze. Dziś wyjrzało piękne słońce. Ptaki śpiewają, zakwitły pierwsze kwiaty. Choć ciągle jest zimno. Bo to jednak luty...

wtorek, 5 lutego 2008

Niespodzianka!

Siedziałam dziś przy moim zgrabnym biureczku w zakładzie i pisałam swój raporcik. Kątem oka zauważyłam ruch na korytarzu. Gdy się odwróciłam w tę stronę zobaczyłam znaną twarz. Ale przeszła dosyć szybko w stronę gabinetu profesora, więc stwierdziłam, że to niemożliwe, żebym widziała osobę, którą zdawało mi się, że widziałam. W końcu lepiej ubraną i uczesaną kopię siebie spotykam od czasu do czasu tu na ulicy, kopie znajomych też się mogą zdarzyć, prawda? Ale to nie była kopia. Najprawdziwszy oryginał. Gosia wróciła do mnie, bo również mnie rozpoznała. Oto do Groningen przyjechała kolejna fala biotechnologów z Wrocławia na studia. Gosia do zakładu obok. Witamy w Groningen!
Co ciekawe, dzień wcześniej moi supervisorzy marudzili, że wyjeżdżam, bo dzięki mnie projekt szedł szybciej. Stwierdzili, że przydałoby im się tak jeszcze dwóch dobrych studentów i pytali czy kogoś znam. Chyba tu lubią Polaków.
W ten sposób klamrowo kończy się mój pobyt w labie. Gdy pierwszego dnia przyszliśmy na rozmowę z profesorem, drogę do jego gabinetu wskazał nam Hjalmar z mojego pokoju. Dziś kończyłam raport, gdy pod tym samym pokojem pojawił się inny zabłąkany Polak i tym razem mnie zapytał o drogę do gabinetu innego profesora.

niedziela, 3 lutego 2008

Plan wykonany

Muzeum zwiedzone, wizyta w coffee shopie była. A dziś o 13.30 wsadziłam Tadzia do autobusu i zaczęłam odliczać dni do własnego powrotu. Jeszcze tylko 14... Jako, że w Krainie Rowerzystów zostałam sama powinnam chyba zmienić nazwę bloga. No i niestety, fotograf wyjechał, nie będzie już nowych zdjęć. Ale zawsze będę pisać, jeśli coś ciekawego się wydarzy:). Trzymajcie za mnie kciuki!

niedziela, 27 stycznia 2008

Piszemy raporty

Semestr powoli się kończy, dla Tadzia trochę szybciej niż dla mnie - on wyrusza do Polski za tydzień, ja zostaję sama w tym kraju do 17 lutego. Trzeba podsumować pracę w labie, napisać raporty, wyczyścić biurka. Akademik też lada chwila zmieni lokatorów. Dziś wyjechał Marcus, razem z Tadziem znikną również Adam z Węgier, Kaisa z Estonii i Julio z Hiszpanii. Na piętrze zostanie towarzystwo azjatyckie plus Max, Samueli i Maryana. Będzie cicho i podejrzewam, że nasze kitchen party nie będą już tak częste. No chyba, że nowi sąsiedzi będą fajni:). Zastanawiam się jak to będzie wrócić do Wrocławia na normalne studia, znów się uczyć i zdawać egzaminy. Troszkę się jednak od tego odzwyczailiśmy, bo choć pracy mieliśmy sporo, to uważam, że było to mniej stresujące niż szara rzeczywistość biotechnologii na UWr. Takie dłuższe wakacje:). Bez sesji, bez legend o ilości niezdających osób i trudności pytań, bez oceniania kto jest "dobrym biotechnologiem" po tym czy umie wyrecytować z pamięci budowę cytochromu czy inne rzeczy w tym stylu. Warto było tu przyjechać, choćby po to, żeby zrozumieć, że może być inaczej. Ale Polska też jest fajna (a zwłaszcza Wrocław) i choć już się boję na myśl o samotnej podróży, to gdy pomyślę, że w domciu czekają na mnie pierogi ruskie, biały ser i prawdziwy chleb (a nie wata, w którą można włożyć palca, a po wyjęciu ten wyrób chlebopodobny wróci do poprzedniego kształtu) i oczywiście powrót do fitness clubu, to już się nie mogę doczekać. Mimo wszystko, to jeszcze nie koniec relacji z Holandii. Przed nami wizyta w coffee shopie, Groningen muzeum i kto wie, co jeszcze ciekawego się zdarzy, jak Tadzia już nie będzie?

poniedziałek, 21 stycznia 2008

Piesi w podróży

Jak myślicie, gdzie byliśmy? Nie, nie w Londynie:). Mój supervisor Anne i jego żona Annemarie, których widać na zdjęciu poniżej ze mną przy stoliku, zabrali nas na wycieczkę. Do Amsterdamu! (jeśli się dobrze przyjrzycie za nami w oknie widać wystawę sklepu: cigarettes, mushroom energystore, seedbank - sklepy te są tak powszechne w Amsterdamie jak sex shopy i coffee shopy, co oznacza, że są wszędzie).
Zaczęliśmy od wycieczki kanałami. Oto Tadzio na łódce:



Więcej zdjęć Tadzia nie będzie, bo to on robił zdjęcia (ja ponoć nie umiem - choć moim zdaniem powyższe świadczy o moim wrodzonym talencie fotograficznym).

[tadzio: nie to ze nie umiesz, ale tu wyszedlem jak down-no chyba ze przeceniam swoja urode i to zdjecie jest super naturalistyczne:P]

Oto, co z łódki widzieliśmy:

To jest statek. Idealna replika statku należącego do Kompanii Wschodnioindyjskiej [tadzio: ktora to Kompania miala skolonizowane pol Azji pd-wschodniej i byla ekstremalnie bogata]. Tylko, że tę zbudowało 200 bezrobotnych w ramach jakiegoś programu szukania im zajęcia.
A tu domy tańczą.
Natomiast to jest Cienki Most (podobno bardzo słynny).
A później poszliśmy piechotą na plac Dam. Na placu Dam są: gołębie (których nie wolno karmić)[tadzio: i sa zdrowo stukniete-przelatuja tlumnie na wysokosci twarzy tam i z powrotem przez Dam, az sie ma wrazenie ze ktorys sie nie wyrobi i Cie pacnie w twarz], tłum ludzi, Pałac Królewski, Nieuwe Kerk, Madame Tussaud i pomnik wszystkich poległych na wszystkich wojnach Nationaal Monument.
Tu jestem ja z Pałacem Królewskim (Koninklijk Paleis). Powstał w 1655 roku [jako mega-wypasiony, estremalnie nafaszerowany bogactwami ratusz i przez wiele lat byl przez Holendrow nazywany 8-smym cudem swiata. W 1808 roku moca zarzadzenia Napoleona stal sie Palacem Krolewskim]. Niestety Królowa Beatrix już w nim nie mieszka, ale ciągle przyjmuje w nim gości.

A tutaj Tadzio z Nieuwe Kerk, drugim pod względem wieku kościele Amsterdamu (1414). Tu odbywają się koronacje władców Holandii (to zdjęcie również robiłam ja i wg Tadzia oczywiście źle).[tadzio: nieprawda! to akurat jest ok!:P]]

To zdjęcie zrobił nam Anne, więc się nie kłócimy czy jest dobre. Za nami widać Nationaal Monument. Początkowo miał służyć upamiętnieniu ofiar II wojny światowej, teraz już wszystkich możliwych wojen w historii.
Po szybkim lunchu na placu Dam (własnoręcznie przygotowane kanapki z goudą), rozpoczęliśmy część kulturalną.

Ponad 3 godziny spędziliśmy w Rijksmuseum, gdzie zobaczyliśmy Straż Nocną (na całą ścianę!!!) i dużo innych obrazów Rembrandta, a poza tym Vermeera, Halsa i Steena, który szczególnie spodobał się Tadziowi. Wszystkie były niemal na wyciągnięcie ręki, oddzielone od zwiedzających malutkim płotkiem sięgającym do kolana. Żadnej grubej szyby.



Naprzeciw Rijksmuseum znajduje się Muzeum van Gogha, na które została nam już tylko godzina, więc nie mamy zdjęć.

Byliśmy także w Muzeum Amstelkring. Muzeum Amstelkring to ukryty kościół katolicki - Kośćiół Naszego Pana na Strychu. Naprawdę na strychu. Kościół działał w latach 1650-1795, kiedy wszelkie zgromadzenia i obrzędy katolickie były w Holandii zakazane. W związku z czym katolicy urządzali kościoły na strychach swoich domów. Tu jesteśmy przed kościołem - niczym nie wyróżniająca się kamieniczka, prawda?
Ale spójrzcie na strych - kto myśli, że kościół na strychu był raczej skromny, ten się myli. Oto co ujrzeliśmy:
Po lewej od ołtarza była składana ambona (by można ją było szybko schować), a z tyłu jeszcze potężne organy. Rodzina mieszkająca w tym domu musiała być strasznie bogata, a mimo to zajmowała jedno pomieszczenie. Plus kuchnię. Resztę pieniędzy włożyli w kościół.

Po dniu pełnym wrażeń przyszedł czas na kolację. Oczywiście po holendersku - naleśniki, ale w innej wersji. Byliśmy w Pancake Bakery i jedliśmy naleśniki na kolację i mini naleśniki poffertjes na deserek. Poffertjes to tradycyjny holenderski deserek. Na zdjęciu poniżej z masełkiem i cukrem pudrem.



A potem był wieczorny spacer po ulicach Amsterdamu.

Spotkaliśmy Anne Frank:

Homopomnik - tak, tak, to pomnik homoseksualistów prześladowanych kiedykolwiek w historii. Jego symbolika nawiązuje do czasów II wojny światowej - homoseksualiści w obozach nazistowskich musieli nosić znak - różowy trójkąt. Tak też wygląda pomnik[tadzio: lub tez nie wyglada,jak kto woli..-ja tam z tej perspektywy trojkata nie widze:P]:


A obok różowego pomnika był Pink Point (Różowy Punkt Informacyjny) - jeśli jesteś homoseksualistą i jesteś w Amsterdamie w tym miejscu dowiesz się, gdzie znaleźć kluby gejowskie/lesbijskie.



Które to oznaczone są taką kolorową flagą (na zdjęciu widać Gay Cinema)[tadzio:prawdziwe miejsce dla prawdziwych mezczyzn;)]:



Resztę wieczoru spędziliśmy w wesołej dzielnicy - Dzielnicy Czerwonych Latarni, gdzie nawet mosty świecą się na czerwono.
Poniżej ciągle Dzielnica Czerwonych Latarni - po lewej widać podświetlone okna z paniami w bieliźnie, po prawej najstarszy w Amsterdamie kościół Oude Kerk. Blisko siebie, prawda? Nawiasem mówiąc w jednym z tych okien była pani Murzynka z dużym biustem, która uśmiechała się zalotnie do Tadzia i pukała w szybkę, gdy przechodził. Tak, miała na Tadzia ochotę.[tadzio: a co ciekawe ja jej nawet nie zauwazylem..:P]
W Amsterdamie w Dzielnicy Czerwonych Latarni jest zdecydowanie weselej niż w Groningen. Jest bardzo dużo ludzi (nie ma co ukrywać - mężczyzn). Pomiędzy czerwonymi oknami są też hałaśliwe kluby gejowskie, bardzo dużo klubów i pubów dla "normalnych" ludzi i coffee shopy.

Poniżej widać typowy klub dla panów - BananaBar. Przywieziemy sześciopak piwa Grolsch dla osoby, która zgadnie co się robi z bananem w BananaBarze.



Kilka uwag na koniec - Amsterdam jest tylko w połowie holenderski. 50% mieszkańców miasta to nie biali. Stąd wszelkie ogłoszenia są wywieszane po holendersku i angielsku. Ciekawie, prawda?

środa, 2 stycznia 2008

Szaleni Holendrzy w sylwestrowej mgle

Jedni jadą do Paryża inni do Zakopanego, a my Sylwestra w tym roku postanowiliśmy spędzić w Groningen razem z naszymi przyjaciółmi Kasią i Krzysiem.

Wiele holenderskich wynalazków i zwyczajów wzbudzało nasze zdumienie, szokowało i rozśmieszało (czemu niejednokrotnie dawaliśmy wyraz naszymi postami na blogu:) ). Stopniowo jednak przyzwyczajaliśmy się do życia tutaj, zaczęliśmy rozumieć i akceptować mentalność tutejszych ludzi, coraz mniej nas dziwiło m. in. stąd znaczne zmniejszenie częstotliwości postów. W zasadzie można by powiedzieć, że wydawało nam się, że przywykliśmy na tyle, że nie spodziewaliśmy się już przeżyć jakiegoś większego zaskoczenia. A jednak...

Zazwyczaj przed różnymi tutejszymi świętami staramy się robić wywiad środowiskowy wśród naszych laboratoryjnych tubylców, żeby zorientować się jakie tradycje są z nimi związane, porównać je z naszymi obyczajami i sprawdzić czy warto coś zobaczyć w ich trakcie.O Sylwestrze dowiedzieliśmy się, że większość Holendrów spędza go z rodziną lub przyjaciółmi (z tendencja do pierwszej opcji) grając w różne gry i zabawy towarzyskie (brzmi ekscytująco, nie uważacie?;) Nie wiem, może to jest ciekawsze niż mi się wydaje, ale jestem w stanie sobie wyobrazić jedynie tysiąca z grupką wujków lub jakieś wielopokoleniowe bingo:P. Aha, według Anne, opiekuna Justynki, piją jeszcze jakieś staroroczne piwo (którego jednak nie udało nam się namierzyć) i wpierdzielają oilbollen czyli pączki, ktorymi zajadamy się na zdjęciu.


Chciałem od razu sprostować pewien element widoczny na zdjęciu: to pod moją kurtka to nie jest bębenek który mi wyrósł od żłopania piwa i napychania się pączkami tylko aparat:P


Co do pączków to udało nam się zrobić kapitalne zdjęcie: kolejka po pączki w Sylwestrowe popołudnie. Kojarzy mi się mocno z przedwigilijnymi bitwami o karpia zapamiętanymi z dzieciństwa.




Wracając do pączków w Sylwestra zniknęły wszystkie oleje z półek sklepowych, prawdopodobnie używane do odgrzewania tego przysmaku. Nowej dostawy nie ma do dzisiaj. Po północy, obfitej w fajerwerki (ponoć warto iść na rynek, bo „tam to się dzieje”) Holendrzy opuszczają mieszkania i idą na imprezę na miasto, bo większość knajp jest dopiero wtedy otwarta (wcześniej nie, bo to przecież Holandia-nawet w normalny dzień impreza nie może zacząć się przed 12...). Czasem też rozpoczynają już wtedy noworoczny objazd życzeń tzn. odwiedzają jak najliczniejszą liczbę znajomych i rodziny by złożyć im noworoczne życzenia. Aby nie było nieprzyjemnych sytuacji tzw. „całowania klamki” wcześniej skrupulatnie układają grafik - kto, gdzie, kiedy, jak długo. Nowy Rok jest ponoć bardzo nerwowy, bo parę minut poślizgu i „cały misterny plan w ...” jak to określił kiedyś bohater Kiler-ów 2 ;)

Konfrontacja z rzeczywistością jednak nas zaskoczyła. Niekoniecznie jedynie pozytywnie, jak to bywa z zaskoczeniami;)

Po paru wstępnych piwkach w akademiku:


z butelką szampana i drugą cydru, odrobinkę spóźnieni, wyszliśmy z Kasią i Krzysiem w kierunku Grote Markt (rynek). Już po paru metrach zaczęło nam coś nie grać:„Ah, mgła, no tak, mgła jest. Ha! To pierwsza nasza w życiu mgła w Sylwestra! Śmiesznie tak iść w nocy po jednak odrobinę obcym mieście w naprawdę gęstą mgłę. Ale co tam! Szybciej, bo się spóźnimy na pokaz sztucznych ogni!” Dopiero po chwili zorientowaliśmy się, że nie odnotowaliśmy wcześniej pewnej niedogodności w obserwowaniu rozbłysków na niebie- MGŁY!:P Tak... O 12, gdzieś w połowie drogi otworzyliśmy po prostu szampana i złożyliśmy sobie życzenia.

Jednak zaraz po tym zamiast dalej podążać na Grote Markt musieliśmy schować się w bramie. Mgła bardzo ograniczała widoczność a część pijanych Holendrów uzbrojonych w fajerwerki nie przejmowała się faktem, że nie jest zbyt mądrym pomysłem rzucanie przed siebie, np. na chodnik którego się nie widzi, petard. Petardy są tu bardzo popularne i jest ich naprawdę mnóstwo. Obfite salwy trwały przynajmniej pół godziny. Ah, byłbym zapomniał, chwilkę przed 12 widzieliśmy płonący samochód w jednek z bocznych uliczek, a chwilke po 12 jadącą z tamtego kierunku Straż Pożarną:P Jak się bawić to się bawić;) Kiedy już liczba wystrzałów znacznie zmalała, po spotkaniu z 50-letnim Holendrem który był zaskoczony, że „potomkowie Powstańców Warszawskich boją się paru małych wybuchów”, postanowiliśmy pójść dalej. Troszkę klucząc po wąskich i krętych uliczkach tutejszego śródmieścia ujrzeliśmy przez mgłę ognisko. Na chodniku.


Z bliższej odległości okazało się ono dość osobliwe, bo Złożone z 7 rowerów, o czym z dumą poinformował nas, naprany jak świnia, młody Holender, pytając przy tym czy nie mijaliśmy jakiegoś rowerzysty, któremu można by rower zabrać. No czysta abstrakcja! Kraj spokojnych, pracowitych, uczciwych ludzi i ognisko z rowerów na środku drogi w centrum miasta!:P „Dobra, fajnie się tu bawicie, chętnie byśmy wam pomogli poszukać kolejnych rowerów, ale my już musimy iść.” W międzyczasie dobiegł nas grupowy okrzyk radości- dorzucono 8 rower.. A ja myślałem, że takie numery to tylko na wschód od Odry:P Zresztą na samym Grote Markt i w tutejszym odpowiedniku Pasażu Niepolda spotkaliśmy później jeszcze kilka ognisk, z żalem jednak donieść muszę, że tylko z kartonowych opakowań po petardach. Nie wiem co było warte zobaczenia na tutejszym rynku, ale to co ujrzeliśmy to parę już wspomnianych ognisk i sporo mniej lub bardziej szemranych grupek młodych ludzi. Postanowiliśmy wyhaczyć więc jakąś zapowiadaną darmową imprezę w knajpie. No właśnie-magiczne hasło: 10 Euro od osoby. Może to i niedużo jak się jest na to przygotowanym. Jak się nie jest to się szuka jednak darmowego wejścia. Po dobrych paru próbach jednak się udało.Resztę wieczoru spędziliśmy przy ponoć najlepszym holenderskim piwku „Hertog Jan” w śmiesznym, mocno zatłoczonym(darmowe wejście,nie?:P ) pubie z fajną, rockową muzyką i tańczącą, lekko wstawioną barmanką.





Dość ciekawie, nie uważacie?:)