niedziela, 9 grudnia 2007

Ulica Czerwonych Latarni

Ciekawość powiodła nas pewnego wietrznego dnia na ulicę Nieuwstad, po której samochody jeżdzą wolno, a wieczorem jest bardzo czerwono. Na tutejszą wersję amsterdamskiej dzielnicy Czerwonych Latarni.
Uliczka ta leży bardzo niedaleko centrum miasta - jeśli miałabym ją porównać do realiów wrocławskich byłaby to ulica Łaciarska - mała uliczka niedaleko Rynku, prostopadła to jednej z najbardziej zatłoczonych pieszymi ulic w mieście. Tak wygląda Nieuwstad, z tym że jest jeszcze węższa. Na ulicy do niej prostopadej - Folkingestraat, idącej z Vismarkt, znajdują się orientalne sklepiki i synagoga. Synagoga stoi naprzeciwko sex shopu. Ulica Nieuwstad jest jakieś dwa metry od synagogi. Witajcie w Holandii.
Wybraliśmy się tam w sobotni wieczór około godziny 18, po zakupach. Ulica Folkingestraat była jak zwykle pełna ludzi. Tuż przed synagogą zakręt w prawo - jesteśmy na miejscu. Jest cicho, ciemno, czerwono i pusto. Jedynie na końcach ulicy samotni mężczyźni - może wiedzą, że jesteśmy tylko turystami, więc czekają, aż znikniemy by się zdecydować na oferowane tu usługi?
Po obu stronach ulicy są duże (nawet jak na holenderskie warunki) okna, po bokach podświetlone czerwonymi światłami. W oknach zaś powód niezwylke niskiej prędkości przejeżdżających tędy samochodów - roznegliżowane kobiety. Roznegliżowane, nie nagie.
Ludzie spodziewający się po tych wystawach czegoś więcej byliby zawiedzeni. Kobiety te siedzą, wyglądają na znudzone i czekają. Kiedy indziej, w ciągu dnia, widziałam nawet jedną przeglądającą kolorową gazetę. Jak w kolejce do fryzjera. Tylko, że strój inny. A może wyglądają w ten sposób tylko gdy po drugiej stronie szybki jest inna kobieta, w przeciwieństwie do nich wolna, która przyszła tu z ciekawości? Może gdy zniknęłam, a na ulicy Czerwonych Latarni pozostali sami klienci, kobiety wyglądały bardziej namiętnie?
Jeszcze jedna obserwacja. Na ulicy Nieuwstad nie pracują Holenderki. Widzieliśmy murzynki, turczynki, bułgarki. Żadnej blondynki, żadnej białej kobiety. Kiedy innego dnia przez przypadek wjechaliśmy na drugą stronę ulicy Nieuwstad (tam naprawdę można trafić niechcący) widzieliśmy kobiety mniej egzotyczne, również blondynki, ale na pewno nie tutejsze. Ja stawiam na Ukrainki. I Polki.
Skąd tu taka międzynarodowość? Bo nie ma wielu kobiet, które same decydują się na ten zawód. W Holandii prostytucja jest legalna, by można było ją kontrolować. Nie wszystko jednak jest w rzeczywistości kontrolowane. Od Holendrów dowiedzieliśmy się, że prawdopodonie większość kobiet, które widzieliśmy, jest do prostytucji zmuszana. Zastraszana, bo są tu nielegalnie, nie znają swoich praw, ktoś im zabrał paszport. Możliwe, że przyjechały do innej pracy, ale ktoś je oszukał. Nie brzmi wesoło, prawda?'
Z tego co wiem Amsterdamska dzielnica nie jest tak smutna. W Groningen na Nieuwstad chodzi się po płatny seks. W Amsterdamie chodzi się tam na imprezę i podobno jest naprawdę gezzelig (przytulnie, towarzysko, przyjacielsko). I jeszcze wersja Amsterdamska to właściwie całe centrum miasta. Trudno ją ominąć i też można tam tarfić przypadkowo.

Brak komentarzy: