poniedziałek, 15 października 2007
Cantina Mexicana
W środę ubiegłego tygodnia w zakladzie, w którym tu pracujemy odbyło się coś, co zakwalifikowałabym jako "mountain party" (określenie środowej imprezy pożyczone od Marcusa - pn i wt to pod górkę, środa to górka, a później to już tylko w dół do weekendu) - kolacja w restauracji Cantina Mexicana. Początkowo prognozowana cena zwaliła nas z nóg - 15 euro za osobę (to Holandia - każdy płaci za siebie), a gdy jeszcze wzrosła do 17 powiedzieliśmy kolacji stanowcze nie. Co na szczęście postanowili nam wybić z głowy nasi supervisorzy. Marteen wymyślił, że doktoranci się dorzucą do naszej kolacji, więc zapłacimy mniej, bo sami pamiętają ciężkie czasy studenckie, gdy przez pół roku jedli masło orzechowe, bo to było najtańsze. Liesbeth zaś postanowiła za mnie zapłacić, bo jestem jej studentką i ona w młodości też z takich zaproszeń korzystała. W każdym razie zjawiliśmy się na miejscu o umówionej porze. I było warto! Zwłaszcza, że usiedliśmy obok dwóch Hindusów - Siwy i Tijus'a, więc stworzyłam sobie z nimi kącik wegetariański. Idealną bezmięsną harmonię psuł niestety Tadzio, wtrząchając z zapałem żeberka biednej świnki w cynamonie. To naprawdę cudowne, gdy wegetarianie stanowią 20% pracowników zakładu i ludzi powiązanych (czytaj: studentów). Wtedy wszyscy muszą o nich pamiętać:). I nikt nie próbuje nikomu udowodnić, że nie jedząc mięsa niszczysz swój organizm. Holendrzy są naprawdę tolerancyjni. A poza kwestią wegetariańską: zapoznaliśmy się z holenderskim zwyczajem w meksykaskiej restauracji. Po kolacji podaje się w koszyczku miętówki z babcią obecnej królowej Holandii Wilhelminą. Po 3 godzinach pałaszowania wszyscy wsiedli na rowery (wszyscy to naprawdę wszyscy) i część pojechała na piwo, a część do domów. Mnie w drodze powrotnej spotkał nieprzyjemny wypadek - zapoznałam się z chyba jedynym w Holandii psem, który się denerwuje na rowerzystów. Wielkie psisko chciało mnie chyba zwalić z roweru, ale się nie dałam! A Tadzio dzielnie trzymał za mnie kciuki, bo jechał za mną, więc istniało niebezpieczeństwo, że ten z pewnością pies-obcokrajowiec zajmie się nim, gdy skończy ze mną.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz