niedziela, 7 października 2007

PAS OP! BRAND!

Noc z czwartku na piatek. Śpimy głęboko. Nagle coś mnie budzi. Ledwo przytomna sięgam po komórkę z myślą "Jeszcze 10 minut...", kiedy do mojej świadomości dociera fakt, że to nie mój budzik dzwoni. Uradowana pomyślałam, że to musi być alarm jakiegoś samochodu z ulicy. Alarm jednakże dzwoni i dzwoni, nie daje zasnąć. Po jakimś czasie szturcha mnie Tadzio, na co odpowiadam: "Spokojnie, to nie mój budzik". A on na to :"Wiem, że to nie Twój budzik. To alarm przeciwpożarowy. Z domu. Naszego". Spojrzałam na komórkę - piąta nad ranem. Myślałam: "Cholerni imprezowicze, na bank ktoś ziołem zadymił w pokoju" (ponieważ czwartek jest tutaj dniem imprez studenckich). Wyszłam na korytarz, gdzie spotkałam zdenerwowanego Indonezyjczyka, który upierał się, że to idzie z naszej kuchni. W głowie zakołatało mi coś o czerwonych światełkach nad drzwiami, o których mówiła Selma na spotkaniu akademikowym. Pobiegłam za Indonezyjczykiem do kuchni, gdzie okazało się, że czerwone światełko się nie świeci, a Indonezyjczykowi wydawało się, że to tu się pali, ze względu na wmontowany nad drzwiami głośnik od alarmu. Postanowiłam przebiec inne pokoje na piętrze i sprawdzić cholerne światełka, żeby nie wracać tu z powrotem z dołu, jak się okaże, że to na naszym piętrze (4) coś lub ktoś włączył alarm. Zanim wróciłam wokół pokoju naszego i Indonezyjczyka zebrał się już mały tłumek zaspanych mych sąsiadów w piżamach. Powiedziałam, że to nie nasze piętro, więc trzeba podjąc decyzję czy schodzimy na dół. Indonezyjczyk z Marcusem ruszyli w stronę klatki schodowej, ja postanowiłam poczekać na Tadzia, a dziewczyny postanowiły poczekać na mnie. I dobrze zrobiłyśmy, bo po chwili Indonezyjczyk i Marcus wrócili mówiąc, że piętro niżej spotkali chłopaka mówiącego "False alarm, You don't have to go downstairs". Po jakiejś minucie alarm się uciszył. Wróciliśmy wszyscy do pokojów. Ułożyłam sie wygodnie w łóżku. Ledwo zamknęłam oczy znów usłyszałam potworne wycie. Tym razem z zewnątrz. Przyjechała straż pożarna. Dwa wozy. Do nas. I zaraz zawróciła. Bo przecież nic się nie stało. Widać ktoś kto wyłączył alarm, zapomniał, że mamy bezpośrednie połączenie z jednostką straży pożarnej, więc trzeba zaraz do nich zadzwonić, gdy tylko wykryje się przyczynę wycia.
A teraz o tytule słów kilka: rozpoczęłam naukę języka niderlandzkiego:). Anne uczy mnie słów, które mogą być przydatne w różnych okolicznościach. W związku z alarmem w moim domu nauczyłam się krzyczeć "Uwaga! Pożar!" po niderlandzku. Pas op! Brand! [pas op! bront!].

Brak komentarzy: