czwartek, 6 września 2007
C0FFEE BREAK, LUNCH BREAK I COFFEE BREAK, CZYLI....PIERWSZY DZIEŃ W LABIE
Tak. Tak dokładnie wyglądał mój dzisiejszy dzień. Wstałam o 5.50, żeby zdążyć dojechać na drugi koniec miasta na 8.30, gdzie się dowiedziałam, że pracę zaczyna się od kawy. Nie rozumiem jaki w tym sens? Nie lepiej napić się kawy w domu, a pracę zacząć o 9 i dłużej pospać?Jeśli chodzi o pokój IT (informatycy odpowiedzialni za działanie całego systemu), to kawa zaczyna się właśnie przed 9 i trwa mniej więcej do lunchu o 12, więc w pracy spotkać można ich dopiero około 13. Bo nie lubią jak im się przeszkadza w kawie. Człowiek, na którego odpowiedzialność za mnie zrzuciła moja supervisor, Anne (nie dajcie się zwieść imieniu - Anne to mężczyzna), uzależniał rozpoczęcie czegokolwiek od podłączenia mnie do internetu (nie dostałam własnego komputera jak Witek http://k4nia.wordpress.com/ i muszę targać laptopa, nawet z organizacją biureczka były problemy, a pipety mam pożyczać od Gerta). W związku z czym do przerwy na lunch o 12 nie zrobiliśmy nic, poza może półgodzinną rozmową z supervisor. Tylko Ron (Szwed) próbował skumać polskiego Windowsa i podłączyć mnie do sieci bezprzewodowej. Prawie mu się udało. Po lunchu w pokoju IT pojawili się informatycy i rozwiązali wszelkie problemy mojego komputera. Instalacja potrzebnych programów trwała znów z pół godziny, może więcej i pojawił się kolejny problem - z licencją od Invitrogena. Anne już się załamywał, dopiero gdy zaproponowałam, że póki co może mi pokazać cokolwiek na swoim komputerze, a potem przeniesiemy na mój, stwierdzil, że to niezły pomysł. czyli zaczęliśmy koło 14. a o 15 jest przerwa na kawę. podobno normalnie trwa 15 minut, ale dziś szefa nie było, więc trwała 40...Myślałam, że wyjdę o 16.30, a o 16 Anne się obudził i stwierdził, że przydałoby się zrobić pożywki. Więc wyszłam w końcu po 17, Anne jeszcze został... Dziwni są Ci ludzie. Ciekawe, co by na to powiedział profesor Wilusz:P.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz