poniedziałek, 3 września 2007

PODRÓŻ


Stresująca i męcząca. Niemal 15 godzin w wypełnionym po brzegi autobusie. Za dużo.
Czynnik stresujący nr 1: Samo pakowanie dobytku na pół roku w obcym kraju jest już wyzwaniem, a zwłaszcza gdy musisz się zmieścić w dwudziestu kilku kilo, bo pani sprzedająca bilety uparcie twierdzi, że mimo dopłaty za nadbagaż może on zwyczajnie nie pojechać – „brak miejsca w luku bagażowym, wszystko zależy od kierowcy”. Zjawiliśmy się więc na PKSie z czterema olbrzymimi torbami (Tadzio twierdzi: trzema olbrzymimi i jedną całkiem zgrabną, oczywiście jego), przygotowani na przepakowywanie w ostatniej chwili w jedną rzeczy najistotniejszych. Na szczęście – panowie kierowcy wezmą wszystko i (naprawdę nie wiem jakim cudem) wszystko się mieści.
Czynnik stresujący nr 2: To, że gdy kupujesz bilet słyszysz, że autobus jedzie bezpośrednio do Twego celu wcale nie oznacza, że tak być musi. Dowiedzieliśmy się już w środku, że mamy przesiadkę w Hamburgu [gwoli przesiadki to podczas niej obserwujac pana kierowce ktory przerzucal w te i wewte kilkadziesiat wielkich i jadna zgrabna:P torbe, stwierdzilem ze tachanie kafelkow i zapraw klejowych to wcale nie jest az takie ciezkie:P -Tadzio].
Czynnik stresujący nr 3: Granica. Godzina w kolejce do kontroli celno-paszportowej. Na szczęście z naszego autobusu nikogo nie „trzepali”, inaczej pewnie trwałoby to jeszcze dłużej [w sumie to bez sensu byla ta kontrola skoro nikogo nie kontrolowali-ale do kolejnych moich spostrzezen nalezalo to ze celnik przegladajacy paszporty mial bardzo szybkie palce-Tadzio].

No i ten tłok..........


Brak komentarzy: