sobota, 17 listopada 2007

Kobieta zmienną jest-sponsorem dziesiejszego posta jest literka Ł

Ł

piękne, prawda?

Ł

ach! jakaz ona cudownie polska, nadwiślańska by rzec można (dla lokalnych patriotow nadodrzańska). Nigdzie indziej nie ma takiego pięknego Ł. Na zachód od Polski* nikt nie używa, na wschód rozmamłują jej dźwięk z L.

Ł

Wyobraźcie sobie życie bez łódki, ławki, łosia, łabędzia, łań, łanów, łańcucha czy łojotoku!tak, szczegolnie bez łojotoku:( prawda, że smutne, jakieś jałowe?

Otóz jak wszyscy wiemy w Holandii Ł nie istnieje (patrz *). Co zrobią skonfudowani literką Ł holenderscy listonosze gdy otrzymają do dostarczenia przesyłkę na nazwisko Łaba? Załamią ręce i poddadzą sie? Najdą ich myśli samobójcze, powiedzą "ta robota to jednak nie dla mnie" i zdecyduja przejść na wczesniejszą emeryture? NIE!! Holendrzy to naród twardy, uparty i kreatywny. Oni dostarczą zawiadomienie o paczce! Co jednak zrobić z tym cholernym wykrętasem? Hmmm.. Zamieńmy literkę na swoje:)

I w ten sposób stałem sie swego rodzaju bigamistą- bo moją dziewczyną jest nie tylko Justyna Łaba. Mam też parę innych Justyn na boku: Justynę Fabę, Justynę Fagę, Justynę Tabę a nawet Justynę Tagę!:P

Na szczęście do mnie wiele przesyłek nie ma, bo aż strach pomyśleć co mogliby zrobić z Łężniaka:P

niedziela, 11 listopada 2007

French fries with mayonnaise


Poznajecie tych milych dwoch panow?:)

A pamietacie te scene?:
http://youtube.com/watch?v=SLtwFugudZE

"Vincent: You know what they put on French fries in Holland instead of ketchup?
Jules: What?
Vincent: Mayonnaise.
Jules: Goddamn.
Vincent: I've seen 'em do it, man. They fucking drown 'em in that shit."

Postanowilismy je przetestowac na wlasnej skorze:P (kiedy Justynka opowiedziala swojemu supervisorowi ze probowalismy frytek w majonezie, zapytal: "a co w tym dziwnego?")






To teraz legenda: po prawej widzimy frytki z belgijskim majonezem (smakowal jak zwyczajny, nie wiem po co podkreslac ze on belgijski) po lewej pinda-sos (etymologie slowa pinda juz wyjasnialem;) ). Co ciekawe sos ow tylko przypomina smakiem maslo orzechowe (Justynka twierdzi ze absolutnie nie przypomina, ale to ja z nas dwojga mam wiekszy miesien powyzejbiodrowy, legitymujacy smakosza) a z tymze maslem wiele wspolnego nie ma, choc tak jak i ono jest tutejszym przysmakiem. Zwracam uwage na jakze atrakcyjna forme i barwe wspomnianego dodatku. Prawda ze apetyczne?:P


A to punkcik w ktorym frytki sprzedaja. Nie wiem czy flagi belgijskie to "hhhhłyt martekingowy" ktory pobudza Holendrow do jedzenia frytek, ale wszystkie punkty z frytkami w dniach targowych maja taki jakze stonowany design.

sobota, 10 listopada 2007

Martinikerk

Dzisiejszy post jest spóźniony - powinien pojawić się tydzień temu, razem z opisem naszej wspinaczki na Martini Toren. Mowa dziś będzie o Martinikerk, kościele świętego Marcina, który zwiedziliśmy zaraz po wejściu na wieżę.
Martinikerk jest kościołem protestanckim - protestanci to większość Holenderskiego społeczeństwa, katolicy to niecałe 15%. Ale zwiedzany przez nas kościół w chwili powstania około 1000 roku i przez wiele wieków później był rzymskokatolicki i wiele śladów z tamtego okresu można w nim jeszcze odnaleźć, w czym bardzo pomaga wypożyczana na czas zwiedzania kościoła mapka, z zaznaczoną ścieżką i wartymi zobaczenia freskami/witrażami/rzeźbami (a raczej jedną rzeźbą). W kościołach protestanckich nie ma ołtarza. Nie ma też obrazów, rzeźb. W Martinikerk praktycznie jedyne zachowane ozdoby są z okresu rzymskokatolickiego i mają jedynie wartość historyczną.
Na poniższym zdjęciu widać malowidło sufitowe - świętego Marcina z żebrakiem, z którym według legendy podzielił się swoim płaszczem. Święty Marcin jest dla Holendrów, protestantów nie uznających świętych, kimś specjalnym. Obchodzą jego święto 11 listopada. Co prawda dzień ten jest dopiero przed nami, ale już o nim słyszeliśmy. Trochę to przypomina amerykańskie Haloween - dzieci chodzą po mieście od domu do domu i proszą o cukierki. Do nas raczej nie zapukają - zdaje się, że mamusie pilnują by dziatwa nie zapukała do studentów, bo krążą pogłoski o maluszkach, które to zrobiły i dostały małe białe "cukierki" - viagrę i extasy.

A tutaj widać to, co prawdopodobnie u nas byłoby ołtarzem, oraz ambonę, zdaje się, że naprawdę używaną.


Z przodu kościoła (wg naszych pojęć - za ołtarzem), w czterech wielkich oknach wymalowane są herby szlacheckich rodzin oraz notabli miasta Groningen. Na zdjęciu tylko jedno - nie chcemy Was zanudzać.


A to miniaturka Martnikerk zrobiona z zapałek!


Teraz dochodzimy do ozdób współczesnych. Oto drewniana rzeźba symbolizująca świętego Marcina, z czterema rękami wyciągniętymi ku górze.



A poniżej seria kilimów przedstawiających siedem dni stworzenia.

dzień pierwszy - światłość, dzień i noc.

dzień drugi - niebo
dzień 3 -ziemia, morze, rośliny i dzień 4 - słońce i księżyc.


Dzień 5 - zwierzątka i dzień 6 - człowiek.


Tu znów widać dzień szósty i mój ulubiony dzień siódmy - odpoczynek:P.





piątek, 9 listopada 2007

Pada, pada, pada, wieje,pada, wieje...

Ech, nasze szczęście się skończyło. Dokładnie w środę. Zaczęła się pora deszczowa. Sztormy nie ustaną do maja. Tak, sztormy, żyjemy w końcu na morzu przysypanym ziemią. W środę, gdy jechaliśmy do labu spadł pierwszy deszcz. W związku z czym zadebiutowały nasze holenderskie spodnie przeciwdeszczowe - moje wrodzone kobiece wyczucie ładnych ciuchów cierpiało, gdy naciągałam na dżinsy okropne gumowe dresy w okropnym granatowym kolorze. Muszę jednak je pokochać - padać nieprzestanie, a bez nich na rower nie ma po co wsiadać. Zrobiliśmy to wczoraj, po pracy, bo rano nie padało, więc mieliśmy nadzieję, że tak już będzie do końca dnia. Nie było. Gdy po 18 wychodziliśmy z labu zaczęło padać. Ale mieliśmy nadzieję, że może nie będzie źle, więc wsiedliśmy na rowerki i jechaliśmy. A było źle. W połowie drogi zaczął się sztorm. Gdy wróciłam miałam mokre wszystko - spodnie, kurtkę, sweter, bieliznę, skarpetki. W butach miałam autentyczny basen. Nie myślcie sobie, że wiecie co to znaczy basen w butach, też myślałam, że wiem jak to jest. Do wczoraj. Nigdzie nie widziałam takiego deszczu. Gdy wróciliśmy nasze rzeczy były tak mokre, że można je było wyciskać i wyciskać i wyciskać... Całe szczęście, że jest suszarka w akademiku...Dlatego dziś wsiadłam w autobus. I chyba już go nie opuszczę...

niedziela, 4 listopada 2007

Patrzymy na Groningen z góry - Martini Toren

Z góry, a nawet z bardzo wysoka - z 90 metrów. W niedzielę wykorzystaliśmy prawdopodobnie ostatni bezdeszczowy dzień i dzielnie pokonaliśmy 370 stopni wieży Świętego Marcina (Martini Toren), po to by pokazać Wam w jakim pięknym mieście mieszkamy i żeby sprawdzić gdzie byliśmy i czy dużo jeszcze zostało do zobaczenia. Wynik jest zadowalający - północną stronę miasta znamy niemal perfekcyjnie. Poza Muzeum. Tę wycieczkę cały czas odstawiamy na później, chociaż podobno otwarte jest nawet w niedzielę (jedyny czynny w całym mieście obiekt w tym dniu tygodnia).
Oto sam szczyt wieży, a dokładnie zegar od wewnętrznej strony.

A oto kościół, przy którym zbudowano wieżę - Martinikerk, kościół św. Marcina. Przy którym, ponieważ kościół zbudowano wcześniej, w 1220, z inną wieżą, niższą. Ale wieża się zawaliła, więc w 1430 wybudowano nową i jeszcze ją powiększono w XVI wieku.


Dzwony, nieodłączny element wieży przy kościele. Spotkaliśmy je na wysokości 251 stromych schodków, gdy zaczęłam się zastanawiać czy to był dobry pomysł, żeby wchodzić tak wysoko w spódnicy i kozakach... Dzwony te niestety lub na szczęście nie działają. Na szczęście - bo coś zaczęło dzwonić jak byliśmy obok nich, więc jakby działały to pewnie wycieczka skończyłaby się głuchotą.





I wreszcie - taras widokowy, niestety otwarty tylko z jednej strony, tak by móc podziwiać północną stronę miasta. Może inne są nieciekawe?

Ten plac ze straganami to Grotte Markt, tutejszy Rynek. Tak, dobrze widzicie - w centrum Groningen są stragany, ale nie w każdy dzień tygodnia. Za to w każdy dzień tygodnia jeżdżą autobusy. Dziwnie to wygląda dla przyzwyczajonych do martwej przestrzeni w Rynku Wrocławian, prawda?

A tu chyba zachód Groningen, za kratkami.


Kawiarnie i parkingi na dachach.

Znów Grotte Markt. Ale tym razem widać także Ratusz.

A tu jak się przyjrzycie, zobaczycie Teatr. Do którego niestety nie wejdziemy, bo i tak wszystko będzie po niderlandzku:(.
Ładne miasto, prawda? Niska zabudowa, nic nie zasłania widoku, poza pomarańczowym wysokim budynkiem w dziwnym kształcie. To najpiękniejszy budynek Holandii. Mieszkamy zaraz na przeciwko.




czwartek, 1 listopada 2007

BARDZO WAŻNY WPIS. URODZINOWY.


Postanowiłam tutaj zostawić życzenia urodzinowe dla bardzo ważnej dla mnie osoby (taki mały test - chce się przekonać czy czyta bloga). Kasiu! Wszystkiego najlepszego z okazji 22 urodzin! Żeby w Polsce było dziś słonecznie i pięknie i żeby głowa Cię nie bolała po Haloweenowej imprezie:). Tadzio oczywiście się do życzeń dołącza:). To pewnie nie jest Twoje ukochane zdjęcie, ale to jedyne jakie mam na komputerze:).