środa, 19 grudnia 2007
PRETTIGE FEESTDAGEN!
Nasz żywy akademik powoli pustoszeje. Na naszym piętrze na święta zostaje jedynie Chinka i Indonezyjczyk. W całym budynku nie będzie raczej więcej niż 10 osób. My się pakujemy, a raczej Tadzio jest spakowany, a ja ciągle w rozsypce. Z nerwów dostałam czkawki i postanowiłam się zrelaksować postem o świętach w różnych krajach. Oto, czego się dowiedzieliśmy i co nas zaskoczyło:
1. Holandia - nie ma Wigilii. Nie ma prezentów, bo już je przynióśł 5 grudnia Sinterklaas. Jest kolacja z rodziną pierwszego i drugiego dnia. Ale to chyba powoli zanika - Anne np. postanowił nie wychodzić nigdzie pierwszego dnia Świąt i jeść z żoną naleśniki, bo lubią naleśniki. Ale będą mieli choinkę.
2. Wigilię mają: Niemcy, Szwedzi, Estończycy, Finowie. Ale tylko u nas jest ona bezmięsna. Z ciekawostek:
Typowe danie wigilijne Estończyków to kaszanka.
Szwecja o 15 w Wigilię cała staje i wszyscy oglądają Kaczora Donalda. To nie dowcip. To prawda. Wigilijny Kaczor Donald jest tradycją chyba od lat 50. Jedyne, co się zmieniło w międzyczasie to to, że teraz jest kolorowy.
Poza tym szwedzkie dzieci dostają w Wigilię prezenty dwa razy. Pierwszy rano, mały prezencik pod poduszką, żeby miały co robić do wieczora. Mogą być to np. małe klocki lego. A wieczorem przychodzi Święty Mikołaj i są duże prezenty.
Podsumowując:
CHCEMY DO SZWECJI!!!
niedziela, 16 grudnia 2007
Sinterklaas party
Święty Mikołaj, ale nie Santa Claus. O nie. Sinterklaas nie ma dużego brzucha i czapki z białym pomponem. Nie przybywa z Laponii, tylko z Hiszpanii. Nie przywożą go zatem renifery. Sinterklaas przypływa statkiem parowym, na kilkanaście dni przed swoim świętem i jest witany przez wiwatujące tłumy dzieciaków i nie tylko (w Groningen w pochodzie idzie nawet słoń, ale to chyba tylko tutaj). I Sinterklaas ma szalonego pomocnika o imieniu Zwarte Piet, który wzbudza kontrowersje wszędzie, gdzie o nim słyszano i to nie dlatego, że dzieci straszy się, że Zwarte Piet zabierze je do Hiszpanii, jeśli nie będą grzeczne (Holendrzy, gdy dorastają, zaczynają żałować, że byli tak grzeczni i nikt ich jednak do Hiszpanii nie zabrał...). Zwarte Piet jest kontrowersyjny, bo jest czarny. Holendrzy uparcie twierdzą, że jest czarny od sadzy (bo przynosi prezenty przez komin), ale spójrzcie sami i oceńcie skąd pochodzi czerń jego skóry. Oto Sinterklaas i jego pomocnicy:


Dosyć egzotycznie, prawda? Historycznie Zwarte Piet był najpierw diabłem, którego Święty w ten jeden dzień roku poskramiał i zmuszał do uległości. A potem nastały czasy kolonialne i Zwarte Piet został importowanym z Afryki niewolnikiem. I stąd kontrowersje, wstyd Holendrów i zamieszana w to wszystko sadza z komina. Bo Holenderskie firmy handlowały niewolnikami, prawdopodobnie ogromną liczbą niewolników. Kupowały ich w Afryce, pakowały na statek, przewoziły w okropnych warunkach (jak zwierzątka) i sprzedawały w Ameryce. Holendrzy wstydzą się tego do dziś. Prawdopodobnie Zwarte Piet niedługo w ogóle przestanie istnieć jako niechlubna pamiątka tamtych czasów. W zeszłym roku Sinterklaasowe wiadomości telewizyjne (są takie!!! codziennie przed przyjazdem Świętego!!!) podały, że statek, którym płynął Sinterklaas zderzył się z tęczą i wszyscy Zwarte Piet zrobili się różnokolorowi - czerwoni, niebiescy, żółci, itp. Ale nie czarni. Tylko rysy pozostały im murzyńskie. To samo dotyczy Rotterdamu, gdzie Czarny Piotruś od lat jest zielony.
Ale może więcej o tradycji holenderskiej. Codziennie od przybycia Sinterklaasa dzieci wystawiają wieczorem pod kominek swój bucik z marchewką w środku dla konia, na którym przyjeżdża Sinterklaas. W nocy Zwarte Piet wchodzi przez komin, zostawia czekoladową literkę (pierwsza literka imienia dziecka) oraz inne słodycze m.in. kultowe kruidnoten i peppernoten - małe imbirowe ciasteczka o kształcie karmy dla psów i fakturze chrupek do mleka. Pyszne! Zabiera marchewkę, wchodzi z powrotem na dach, brudzi się sadzą, daje konikowi marchewkę.I tu kolejny problem - kto dziś ma kominek? Dlatego przemyślni Holendrzy znajdują nowe miejsca na bucik z marchwią - zostawiają je m.in. pod kaloryferem.
Największe święto jest jednak 5 grudnia wieczorem. 5, a nie 6 rano. Wtedy dostaje się prezenty. Dorośli robią to tak: jakiś czas wcześniej jest losowanie, kto komu kupuje prezent o ustalonej z góry cenie. Do prezentu powinien być dołączony złośliwy wierszyk o obdarowywanej osobie i podpowiadający co jest prezentem. 5 grudnia wszyscy się spotykają, następuje wręczanie prezentów, każdemu po kolei. Należy głośno przeczytać wierszyk, a potem rozpakować podarunek przy wszystkich. Czasami nie ma losowania. Wtedy jest gra, w której uczestniczą wszyscy, którzy przynieśli prezent. Prezenty są trzymane w puli, a uczestnicy rzucają kostką i robią to, co każe numerek:
1. rozpakuj prezent
2. podaj prezent osobie z lewej
3. podaj prezent osobie z prawej
4. weź prezent i podaruj go konuś
5. wymień się z kimś prezentem
6. weź sobie prezent
Zabawa jest bardzo śmieszna i może trwać bez końca. Niektórzy wychodzą z niej bez żadnego prezentu, a niektórzy z pięcioma.
A potem (tak około 12 w nocy) idzie się na imprezę na miasto.
Nasze Sinterklaas party w akademiku: najpierw była gra z kośćmi, ja skończyłam z dwoma prezentami, Tadzio z żadnym. Ale nasze student manager są bardzo sprawiedliwe, więc nawet Tadzio dostał na koniec jakiś prezent. A potem poszliśmy do Rumby na imprezę. Oczywiście po północy, bo tu nie wychodzi się do klubów wcześniej. W Rumbie było tłoczno, bardzo międzynarodowo, bo to klub studentów międzynarodowych, nie było stolików, tylko bar i parkiet. Muzyka była bardzo różnorodna. A w pewnym momencie przyszedł sam Sinterklaas z pomocnikami i rzucali w nas kruidnoten i też częstowali nas kruidnoten i tańczyli z nami i było bardzo śmiesznie. Szkoda, że musieliśmy wyjść przed 2, bo następnego dnia znów laboratorium:(.
A w piątek mieliśmy Sinterklaas borrel (borrel - taka mała niezobowiązująca imprezka) zamiast beerclubu w labie. Szef Tadzia przebrał się za Sinterklaasa i był bardzo złośliwy dla wszystkich, szczególnie dla swojego szefa. A potem było losowanie prezentów, tylko już bez gry - wcześniej wrzucaliśmy prezenty do wora i każdy sobie brał po kolei jeden, czytał wierszyk, otwierał, wszyscy się śmiali, siadał, przychodził następny. Piliśmy grzane wino, Zwarte Piet, za którego przebrał się polski doktorant Jacek, częstował wszystkich garściami kruidnoten i zachowywał się dziwnie, bo pił piwo. Przez to dzieci mojej szefowej zaczęły płakać i musiała im wytłumaczyć, że to nie jest prawdziwy Zwarte Piet, tylko Jacek. I że nie zabierze ich do Hiszpanii. Naiwne te dzieciaki.
Podsumowanie:
prezenty moje: marokańska bransoletka połączona z pierścionkiem zmieniająca kolor, gdy jej ciepło, lampa, którą zapomniałam zabrać i lampion na świeczkę ze świeczką w środku
prezenty Tadzia: okropne puzzle z Maximą i Willemem Alexandrem (przyszli królowa i król Holandii) i jeszcze okropniejsze GFP - Green Flower Pot - okropna świecąca na zielono plastikowa doniczka, którą kupił Tadzia najlepszy kumpel z labu.
Tak, Tadzio to urodzony pechowiec. W związku z powyższym polski Święty Mikołaj postanowił naprawić błędy holenderskiego Sinterklaasa i 6 grudnia przyniósł mu niebiesko-żółte Subaru Impreza sterowane radiem. Polski Święty Mikołaj zrobił błąd, bo teraz Tadzio i Fin z piętra, Samueli, o niczym innym nie myślą tylko o wyścigach z przeszkodami po korytarzu. To ja już wolę okropne GFP.
sobota, 15 grudnia 2007
Wieczór w stylu gezellig
Kolacja u Anne i Annemarie była właśnie bardzo gezellig. Oni przygotowali tutejszą tradycyjną potrawę zimową w wersji wegetariańskiej (ziemniaki gatunku bardzo delikatnego potłuczone i ugotowane z porem, serem zółtym i chyba czymś jeszcze. W wersji dla mięsożerców znajdował się boczek), my zaś przygotowaliśmy barszcz biały z torebki. Piliśmy sobie winko, rozmawialiśmy o kultrowych różnicach i problemach Holandii z imigrantami, słuchaliśmy cichej, spokojnej holenderskiej muzyki i jazzu. Wszystko ładnie się komponowało z malutkim, ale ślicznie urządzonym mieszkankiem Annego i Annemarie. Holendrzy są bardzo dumni z wystroju swoich mieszkań. Poświęcają wiele czasu na urządzenie ich w stylu gezellig, efekt w większości przypadków jest naprawdę przytulny, funkcjonalny, w dobrym stylu. A skąd to wiem? Bo skoro tyle wysiłku wkładają w urządzenie mieszkania, duma z efektu nie pozwala im zasłaniać okien w pokoju dziennym. A jak już pisaliśmy okna są tu naprawdę duże, w związku z czym z zewnątrz można podziwiać wystrój mieszkań niemal wszystkich Holendrów.
Ale wracając do kolacji - na koniec Anne i Annemarie zaserwowali tradycyjny holenderski deser. W momencie, gdy pojawił się na stole przypomniało mi się dzieciństwo. Bo deserkiem tym jest kaszka manna z gęstym sokiem owocowym jako polewą. W moim przedszkolu gęsta, zimna kaszka(na płaskim talerzu, z czego śmieje się Tadzio), pływająca w soku malinowym była typowym deserkiem. Może kucharka była Holenderką?
niedziela, 9 grudnia 2007
Ulica Czerwonych Latarni
Uliczka ta leży bardzo niedaleko centrum miasta - jeśli miałabym ją porównać do realiów wrocławskich byłaby to ulica Łaciarska - mała uliczka niedaleko Rynku, prostopadła to jednej z najbardziej zatłoczonych pieszymi ulic w mieście. Tak wygląda Nieuwstad, z tym że jest jeszcze węższa. Na ulicy do niej prostopadej - Folkingestraat, idącej z Vismarkt, znajdują się orientalne sklepiki i synagoga. Synagoga stoi naprzeciwko sex shopu. Ulica Nieuwstad jest jakieś dwa metry od synagogi. Witajcie w Holandii.
Wybraliśmy się tam w sobotni wieczór około godziny 18, po zakupach. Ulica Folkingestraat była jak zwykle pełna ludzi. Tuż przed synagogą zakręt w prawo - jesteśmy na miejscu. Jest cicho, ciemno, czerwono i pusto. Jedynie na końcach ulicy samotni mężczyźni - może wiedzą, że jesteśmy tylko turystami, więc czekają, aż znikniemy by się zdecydować na oferowane tu usługi?
Po obu stronach ulicy są duże (nawet jak na holenderskie warunki) okna, po bokach podświetlone czerwonymi światłami. W oknach zaś powód niezwylke niskiej prędkości przejeżdżających tędy samochodów - roznegliżowane kobiety. Roznegliżowane, nie nagie.
Ludzie spodziewający się po tych wystawach czegoś więcej byliby zawiedzeni. Kobiety te siedzą, wyglądają na znudzone i czekają. Kiedy indziej, w ciągu dnia, widziałam nawet jedną przeglądającą kolorową gazetę. Jak w kolejce do fryzjera. Tylko, że strój inny. A może wyglądają w ten sposób tylko gdy po drugiej stronie szybki jest inna kobieta, w przeciwieństwie do nich wolna, która przyszła tu z ciekawości? Może gdy zniknęłam, a na ulicy Czerwonych Latarni pozostali sami klienci, kobiety wyglądały bardziej namiętnie?
Jeszcze jedna obserwacja. Na ulicy Nieuwstad nie pracują Holenderki. Widzieliśmy murzynki, turczynki, bułgarki. Żadnej blondynki, żadnej białej kobiety. Kiedy innego dnia przez przypadek wjechaliśmy na drugą stronę ulicy Nieuwstad (tam naprawdę można trafić niechcący) widzieliśmy kobiety mniej egzotyczne, również blondynki, ale na pewno nie tutejsze. Ja stawiam na Ukrainki. I Polki.
Skąd tu taka międzynarodowość? Bo nie ma wielu kobiet, które same decydują się na ten zawód. W Holandii prostytucja jest legalna, by można było ją kontrolować. Nie wszystko jednak jest w rzeczywistości kontrolowane. Od Holendrów dowiedzieliśmy się, że prawdopodonie większość kobiet, które widzieliśmy, jest do prostytucji zmuszana. Zastraszana, bo są tu nielegalnie, nie znają swoich praw, ktoś im zabrał paszport. Możliwe, że przyjechały do innej pracy, ale ktoś je oszukał. Nie brzmi wesoło, prawda?'
Z tego co wiem Amsterdamska dzielnica nie jest tak smutna. W Groningen na Nieuwstad chodzi się po płatny seks. W Amsterdamie chodzi się tam na imprezę i podobno jest naprawdę gezzelig (przytulnie, towarzysko, przyjacielsko). I jeszcze wersja Amsterdamska to właściwie całe centrum miasta. Trudno ją ominąć i też można tam tarfić przypadkowo.
środa, 5 grudnia 2007
CIĄG DALSZY NASTĄPI
1. z naszej wizyty na Ulicy Czerwonych Latarni w Groningen
2. z bardzo gezzelig wieczoru u Anne i Annemarie
3. z Sinterklaas party na które idziemy dzisiaj.
Do przeczytania!