Święty Mikołaj, ale nie Santa Claus. O nie. Sinterklaas nie ma dużego brzucha i czapki z białym pomponem. Nie przybywa z Laponii, tylko z Hiszpanii. Nie przywożą go zatem renifery. Sinterklaas przypływa statkiem parowym, na kilkanaście dni przed swoim świętem i jest witany przez wiwatujące tłumy dzieciaków i nie tylko (w Groningen w pochodzie idzie nawet słoń, ale to chyba tylko tutaj). I Sinterklaas ma szalonego pomocnika o imieniu Zwarte Piet, który wzbudza kontrowersje wszędzie, gdzie o nim słyszano i to nie dlatego, że dzieci straszy się, że Zwarte Piet zabierze je do Hiszpanii, jeśli nie będą grzeczne (Holendrzy, gdy dorastają, zaczynają żałować, że byli tak grzeczni i nikt ich jednak do Hiszpanii nie zabrał...). Zwarte Piet jest kontrowersyjny, bo jest czarny. Holendrzy uparcie twierdzą, że jest czarny od sadzy (bo przynosi prezenty przez komin), ale spójrzcie sami i oceńcie skąd pochodzi czerń jego skóry. Oto Sinterklaas i jego pomocnicy:


Dosyć egzotycznie, prawda? Historycznie Zwarte Piet był najpierw diabłem, którego Święty w ten jeden dzień roku poskramiał i zmuszał do uległości. A potem nastały czasy kolonialne i Zwarte Piet został importowanym z Afryki niewolnikiem. I stąd kontrowersje, wstyd Holendrów i zamieszana w to wszystko sadza z komina. Bo Holenderskie firmy handlowały niewolnikami, prawdopodobnie ogromną liczbą niewolników. Kupowały ich w Afryce, pakowały na statek, przewoziły w okropnych warunkach (jak zwierzątka) i sprzedawały w Ameryce. Holendrzy wstydzą się tego do dziś. Prawdopodobnie Zwarte Piet niedługo w ogóle przestanie istnieć jako niechlubna pamiątka tamtych czasów. W zeszłym roku Sinterklaasowe wiadomości telewizyjne (są takie!!! codziennie przed przyjazdem Świętego!!!) podały, że statek, którym płynął Sinterklaas zderzył się z tęczą i wszyscy Zwarte Piet zrobili się różnokolorowi - czerwoni, niebiescy, żółci, itp. Ale nie czarni. Tylko rysy pozostały im murzyńskie. To samo dotyczy Rotterdamu, gdzie Czarny Piotruś od lat jest zielony.
Ale może więcej o tradycji holenderskiej. Codziennie od przybycia Sinterklaasa dzieci wystawiają wieczorem pod kominek swój bucik z marchewką w środku dla konia, na którym przyjeżdża Sinterklaas. W nocy Zwarte Piet wchodzi przez komin, zostawia czekoladową literkę (pierwsza literka imienia dziecka) oraz inne słodycze m.in. kultowe kruidnoten i peppernoten - małe imbirowe ciasteczka o kształcie karmy dla psów i fakturze chrupek do mleka. Pyszne! Zabiera marchewkę, wchodzi z powrotem na dach, brudzi się sadzą, daje konikowi marchewkę.I tu kolejny problem - kto dziś ma kominek? Dlatego przemyślni Holendrzy znajdują nowe miejsca na bucik z marchwią - zostawiają je m.in. pod kaloryferem.
Największe święto jest jednak 5 grudnia wieczorem. 5, a nie 6 rano. Wtedy dostaje się prezenty. Dorośli robią to tak: jakiś czas wcześniej jest losowanie, kto komu kupuje prezent o ustalonej z góry cenie. Do prezentu powinien być dołączony złośliwy wierszyk o obdarowywanej osobie i podpowiadający co jest prezentem. 5 grudnia wszyscy się spotykają, następuje wręczanie prezentów, każdemu po kolei. Należy głośno przeczytać wierszyk, a potem rozpakować podarunek przy wszystkich. Czasami nie ma losowania. Wtedy jest gra, w której uczestniczą wszyscy, którzy przynieśli prezent. Prezenty są trzymane w puli, a uczestnicy rzucają kostką i robią to, co każe numerek:
1. rozpakuj prezent
2. podaj prezent osobie z lewej
3. podaj prezent osobie z prawej
4. weź prezent i podaruj go konuś
5. wymień się z kimś prezentem
6. weź sobie prezent
Zabawa jest bardzo śmieszna i może trwać bez końca. Niektórzy wychodzą z niej bez żadnego prezentu, a niektórzy z pięcioma.
A potem (tak około 12 w nocy) idzie się na imprezę na miasto.
Nasze Sinterklaas party w akademiku: najpierw była gra z kośćmi, ja skończyłam z dwoma prezentami, Tadzio z żadnym. Ale nasze student manager są bardzo sprawiedliwe, więc nawet Tadzio dostał na koniec jakiś prezent. A potem poszliśmy do Rumby na imprezę. Oczywiście po północy, bo tu nie wychodzi się do klubów wcześniej. W Rumbie było tłoczno, bardzo międzynarodowo, bo to klub studentów międzynarodowych, nie było stolików, tylko bar i parkiet. Muzyka była bardzo różnorodna. A w pewnym momencie przyszedł sam Sinterklaas z pomocnikami i rzucali w nas kruidnoten i też częstowali nas kruidnoten i tańczyli z nami i było bardzo śmiesznie. Szkoda, że musieliśmy wyjść przed 2, bo następnego dnia znów laboratorium:(.
A w piątek mieliśmy Sinterklaas borrel (borrel - taka mała niezobowiązująca imprezka) zamiast beerclubu w labie. Szef Tadzia przebrał się za Sinterklaasa i był bardzo złośliwy dla wszystkich, szczególnie dla swojego szefa. A potem było losowanie prezentów, tylko już bez gry - wcześniej wrzucaliśmy prezenty do wora i każdy sobie brał po kolei jeden, czytał wierszyk, otwierał, wszyscy się śmiali, siadał, przychodził następny. Piliśmy grzane wino, Zwarte Piet, za którego przebrał się polski doktorant Jacek, częstował wszystkich garściami kruidnoten i zachowywał się dziwnie, bo pił piwo. Przez to dzieci mojej szefowej zaczęły płakać i musiała im wytłumaczyć, że to nie jest prawdziwy Zwarte Piet, tylko Jacek. I że nie zabierze ich do Hiszpanii. Naiwne te dzieciaki.
Podsumowanie:
prezenty moje: marokańska bransoletka połączona z pierścionkiem zmieniająca kolor, gdy jej ciepło, lampa, którą zapomniałam zabrać i lampion na świeczkę ze świeczką w środku
prezenty Tadzia: okropne puzzle z Maximą i Willemem Alexandrem (przyszli królowa i król Holandii) i jeszcze okropniejsze GFP - Green Flower Pot - okropna świecąca na zielono plastikowa doniczka, którą kupił Tadzia najlepszy kumpel z labu.
Tak, Tadzio to urodzony pechowiec. W związku z powyższym polski Święty Mikołaj postanowił naprawić błędy holenderskiego Sinterklaasa i 6 grudnia przyniósł mu niebiesko-żółte Subaru Impreza sterowane radiem. Polski Święty Mikołaj zrobił błąd, bo teraz Tadzio i Fin z piętra, Samueli, o niczym innym nie myślą tylko o wyścigach z przeszkodami po korytarzu. To ja już wolę okropne GFP.
0 komentarze:
Prześlij komentarz